Plan pokojowy Donalda Trumpa, zamiast być promykiem nadziei na szybsze zakończenie konfliktu na Ukrainie, u niektórych wojskowych wywołuje wręcz dreszcz przerażenia. Perspektywa oddania Rosji kontrolowanych terytoriów i ograniczenia liczebności armii brzmi dla nich jak scenariusz kapitulacji, a nie dyplomatycznego zwycięstwa. Czy „normalne życie” jest warte ceny honoru i bezpieczeństwa narodowego? To pytanie wisi ciężko nad ukraińskimi obrońcami.

Kapitulacja, nie pokój? Jak ukraińscy żołnierze oceniają propozycje Trumpa
Administracja Donalda Trumpa przedstawiła wizję zakończenia wojny, która budzi skrajne emocje. O ile perspektywa powrotu do normalności jest kusząca dla każdego, kto od lat żyje w cieniu konfliktu, o tyle cena, jaką Ukraina miałaby zapłacić, dla żołnierzy walczących na froncie wydaje się horrendalna. Ukraińscy wojskowi nie owijają w bawełnę: proponowane ustępstwa traktują jako akt poddania się, a nie mądrej strategii politycznej.
Starszy sierżant Wołodymyr Rżawski, który pochodzi z obwodu donieckiego, wyraził swoją dezaprobatę w rozmowie z NBC News, podkreślając, że polityczne negocjacje z dala od okopów brzmią zupełnie inaczej. Stwierdził stanowczo:
Jestem przeciwny oddaniu Rosji tej części obwodu donieckiego, którą ciągle kontrolujemy.
Dla niego, i dla wielu jemu podobnych, amerykański plan w obecnym kształcie to nie jest poważna propozycja negocjacyjna. Wręcz przeciwnie:
To nie jest plan. To prawdziwa kapitulacja. Nie ma tu o czym dyskutować.
Żołnierze, którzy każdego dnia ryzykują życie, czują, że to oni, a nie politycy, powinni mieć decydujące zdanie w kwestii terytoriów, o które toczy się krew. Jak podkreśla Rżawski:
To nie rządzący siedzą w okopach. Są w nich nasi żołnierze. To my mamy prawo decydować.
Ograniczenie sił zbrojnych: Gwarancja bezpieczeństwa czy zaproszenie do agresji?
Kolejnym punktem zapalnym w hipotetycznym planie pokojowym jest kwestia liczebności armii ukraińskiej. Propozycja ograniczenia jej do 600 000 żołnierzy budzi głęboki sceptycyzm wśród tych, którzy codziennie patrzą w oczy agresorowi. Porucznik Oleksandr, 43-letni weteran sił specjalnych z południa kraju, nie widzi w tym zabezpieczenia, lecz demilitaryzację, która wystawi kraj na przyszłe ataki.
Dla niego sprawa jest jasna:
Nikt nie pójdzie na ustępstwa w kwestii liczebności armii, bo to jest nasza gwarancja bezpieczeństwa.
Wojskowi nie wyobrażają sobie rezygnacji z terytoriów, których obrona kosztowała ich tak wiele. Perspektywa pozostawienia obecnych linii frontu w rękach Rosji jest dla nich nie do przyjęcia, zwłaszcza że widzą to jako krótkoterminowe zawieszenie broni, a nie trwały pokój. Jak argumentuje Oleksandr:
Jeśli ich teraz nie powstrzymamy, nasze dzieci będą musiały to zrobić, a na to nie możemy pozwolić.
Rozdarcie dusz: Pragnienie pokoju kontra godność narodowa
Nie można jednak zapominać o ludzkim wymiarze tej wojny. Żołnierze pragną pokoju, tęsknią za rodzinami i normalnym życiem, co tworzy w nich głębokie wewnętrzne rozdarcie. Porucznik Dmytro Melnyk, operator drona z obwodu dniepropietrowskiego, otwarcie mówi o wyczerpaniu walką i tęsknocie.
Na początku wojny mówiliśmy: „Dalej, dalej, dalej”, ale teraz już tak nie jest. Oczywiście, nie przestanę, dopóki wojna się nie skończy, ale moja dusza jest rozdarta – wyznaje Melnyk.
Jednocześnie dodaje, że pierwotny plan pokojowy jest nie do przyjęcia z perspektywy obrońców państwa. Mykoła Bielieskov, analityk wojskowy, potwierdza, że poczucie krzywdy z powodu potencjalnej utraty ziem jest powszechne. Podkreśla, że wezwanie do opuszczenia zajętych pozycji, okupionych ofiarami, nie spotka się z entuzjazmem na froncie.
Dla żołnierzy takich jak Melnyk, poczucie ciągłego zagrożenia zdominowało codzienność:
Nie będę tego ukrywać. Żyjemy w ciągły strachu przed śmiercią. Z każdym dniem robi się coraz bardziej przerażająco.
To właśnie ten strach i poczucie niesprawiedliwości sprawiają, że proste polityczne rozwiązania, które zakładają oddanie części państwa, są odbierane jako upokarzające dla tych, którzy na tym państwie dosłownie stoją.