Zapadła decyzja, która tnie głęboko w europejskie rolnictwo, a dla niektórych krajów UE jest powodem do świętowania. Unia Europejska dała zielone światło dla podpisania umowy handlowej z krajami Mercosur, co uruchamia lawinę obaw o zalew tanimi produktami rolnymi. Polska i kilku innych członków sprzeciwiało się, lecz ich głosy nie wystarczyły, by zablokować ten polityczny werdykt. Czy to otwarcie puski Pandory dla europejskich farmerów, czy może strategiczny krok ku globalnej dywersyfikacji? Przyjrzyjmy się, co dokładnie kryje się za tą kontrowersyjną umową.

Handel z Ameryką Południową: Potęga po drugiej stronie oceanu
Relacje handlowe między Unią Europejską a blokiem Mercosur (Brazylia, Argentyna, Paragwaj i Urugwaj) to już teraz znacząca gałąź gospodarki. UE, ustępując jedynie Chinom, jest drugim największym partnerem handlowym Mercosuru pod względem towarów. Dane za 2024 rok pokazują, że Europa wyeksportowała tam towary o wartości 53 miliardów euro, importując dobra za 57 miliardów euro. Poza tym, handel usługami również jest dynamiczny, a UE pozostaje kluczowym inwestorem zagranicznym z kapitałem sięgającym 390 miliardów euro w 2023 roku.
Co konkretnie przepływa przez ten korytarz handlowy? Unia Europejska wysyła głównie zaawansowane technologicznie dobra: maszyny, urządzenia budowlane, produkty chemiczne i farmaceutyczne oraz sprzęt transportowy. W drugą stronę płyną surowce, masa papiernicza i papier, a przede wszystkim – produkty rolne. Jak podaje Rada UE, te relacje łączą ponad 700 milionów konsumentów.
Otwarcie na produkty rolne: Kontyngenty, które mają chronić (czy tylko łagodzić ból?)
Sednem umowy jest stopniowa liberalizacja ceł na 91 proc. towarów, co ma się rozłożyć na okres 10 do 15 lat, a w przypadku aut elektrycznych nawet 18 lat. Oczywiście, pojawiają się wyjątki – sektory wrażliwe. Polska, Węgry, Francja, Irlandia i Austria miały poważne obawy, że to właśnie te wyjątki nie wystarczą.
Bruksela ma jednak swój kontrargument: twierdzi, że produkty rolno-spożywcze stanowią zaledwie 5 proc. eksportu UE do Mercosuru, głównie z powodu istniejących barier celnych w Ameryce Południowej. Porozumienie ma to zmienić, otwierając nowe rynki dla europejskich rolników. Ale to druga strona medalu budzi największe emocje.
Aby chronić własne rolnictwo, UE wprowadziło kontyngenty dla kluczowych importowanych produktów:
- Wołowina: 99 tysięcy ton bez cła.
- Wieprzowina: 26,5 tysiąca ton.
- Drób: 180 tysięcy ton.
- Cukier: 190 tysięcy ton.
- Etanol.
Dodatkowo, jeśli ceny tych kluczowych artykułów spadną w UE o co najmniej 5 proc., preferencje celne mają być na pewien czas wyłączane. To ma być mechanizm obronny. Czy to wystarczy, by powstrzymać napływ zdominowanej przez przemysłowe, wielkoobszarowe hodowle Ameryki Południowej?
Jak zauważa serwis agrodoradca24.pl, na umowie ucierpieć mogą mniejsze gospodarstwa rodzinne. W krajach sprzeciwiających się umowie (jak Francja czy Austria), obawiają się one, że „model europejskiego rolnictwa rodzinnego jest narażony na konkurencję z wielkoobszarowym, przemysłowym rolnictwem latynoamerykańskim”. Polska premier Donald Tusk, choć początkowo był sceptyczny, obecnie stwierdził: „Nie jest idealnie, ale nie jest źle”. To stonowane podejście sugeruje, że strach przed katastrofą jest mniejszy, niż obawy przed głęboką restrukturyzacją sektora.
Kto zyskuje, a kto traci na otwarciu?
Podczas gdy polscy politycy i rolnicy skupiali się na ryzyku zalewu wołowiną i nabiałem, kraje promujące umowę widzą w niej ogromne szanse przemysłowe. Największymi adwokatami porozumienia są Niemcy, Hiszpania, Szwecja, Dania i Finlandia.
Dla Niemiec, gdzie motoryzacja jest koniem pociągowym, umowa oznacza obietnicę zniesienia ceł na samochody. Mając na uwadze, że w trzecim kwartale 2024 roku niemiecki sektor motoryzacyjny odnotował najniższe zatrudnienie od 2011 roku (ponad 720 tys. osób), nowe rynki zbytu są absolutnie kluczowe. Komisja Europejska szacuje, że współpraca z Mercosurem podtrzymuje 855 tysięcy miejsc pracy w całej Wspólnocie.
Hiszpania liczy na wystrzał eksportowy wina i oliwy, podczas gdy Polska obawia się, że zyski popłyną głównie do krajów zachodnich, a rolnictwo otrzyma jedynie cios.
Standardy europejskie – czy pozostaną nienaruszone?
Jednym z najczęściej podnoszonych zarzutów wobec umów handlowych z państwami spoza UE jest różnica w standardach środowiskowych i weterynaryjnych. Europejscy rolnicy, obciążeni coraz większymi wymogami dotyczącymi środków ochrony roślin, nawożenia i praktyk środowiskowych, obawiają się nieuczciwej konkurencji. Profesor Arkadiusz Artyszak z SGGW w rozmowie dla money.pl podkreślał: „W Ameryce Południowej tych praktyk nie ma, stosuje się dawno zabronione w Europie środki ochrony roślin. Do tego wypala się lasy”.
W odpowiedzi na te obawy, KE stanowczo deklaruje: „Wszelkie produkty sprzedawane w UE muszą spełniać normy dotyczące ochrony konsumentów, które nie ulegają żadnym zmianom w wyniku zawarcia tej umowy”. Co więcej, Bruksela obiecuje, że na rynek UE będą mogły trafiać wyłącznie produkty takie jak soja, wołowina, drewno, kakao, kawa i kauczuk, które nie są związane z wylesianiem.
Jednak w kontekście ochrony własnych produktów, umowa przynosi też konkretne polskie sukcesy: Polska Wódka oraz „wódka ziołowa z Niziny Północnopodlaskiej aromatyzowana ekstraktem z trawy żubrowej” znajdą się na liście około 350 chronionych europejskich oznaczeń geograficznych, co ma zapobiegać ich podrabianiu na rynkach Mercosuru. To mały triumf w obliczu potencjalnej fali importowej.