W obliczu trwającej wojny, ukraińskie problemy demograficzne i mobilizacyjne osiągają apogeum, a skala zjawiska „zniknięć” może szokować. Mówimy tu o setkach tysięcy mężczyzn, którzy uchylają się od służby lub próbują zmienić front na mniej „gorący”. Jak wygląda ten ukryty front wewnętrzny i jakie konsekwencje niosą za sobą te masowe absencje dla budżetu obronnego kraju?

Czy dwa miliony to nowa tajemnica mobilizacji? Skala uchylania się od służby
W Ukrainie na liście osób poszukiwanych z powodu unikania służby wojskowej widnieje imponująca liczba około dwóch milionów mężczyzn w wieku poborowym. To skala, która zmusza do zadania trudnych pytań o skuteczność mobilizacji i morale żołnierzy. Choć część z tych osób mogła opuścić kraj, realia sugerują, że zdecydowana większość ukrywa się – czy to w swoich domach, czy też przemieszczając się między regionami. Ta „szara strefa” poborowych stanowi poważne wyzwanie dla Kijowa.
Sytuacja komplikuje się jeszcze bardziej, gdy spojrzymy na dane dotyczące żołnierzy, którzy opuścili swoje jednostki. Mówi się o około 200 tysiącach takich przypadków. Eksperci jednak podkreślają, że ta liczba nie jest równoznaczna z czystą dezercją. W obliczu piekła na linii frontu, przemęczenie psychiczne i fizyczne bywa tak wyniszczające, że niektórzy żołnierze po prostu samowolnie opuszczają swoje stanowiska, by odetchnąć, po czym często wracają do służby. To swoisty mechanizm obronny w ekstremalnych warunkach, choć status prawny takich działań pozostaje niejednoznaczny.
Migracja we własnym kraju: Dezerterem czy poszukującym lepszych warunków?
Dla wielu żołnierzy, opuszczenie jednostki staje się desperacką próbą zmiany warunków służby, zwłaszcza gdy dowództwo nie wykazuje się elastycznością. Jeden z oficerów armii ukraińskiej, który brał udział w walkach w najbardziej zapalnych rejonach, w rozmowie z „Rzeczpospolitą” ujawnia kulisy tego procederu:
– Niełatwo jest zmienić miejsce służby i niektórzy żołnierze, których nie odpuszcza dowództwo, decydują się na ucieczkę, by trafić do innej jednostki. Formalnie taka osoba jest dezerterem, ale w rzeczywistości może już służyć w innej jednostce. Ale problem istnieje i to poważny – mówi oficer.
Co ciekawe, prawo ukraińskie weszło w pewien sposób naprzeciw tej rzeczywistości w 2024 roku. Zmieniono przepisy tak, że żołnierz, który opuścił jednostkę, może uniknąć odpowiedzialności karnej, o ile powróci do służby za zgodą swojego dowódcy. Chociaż teoretycznie miało to uporządkować sytuację, w praktyce dla części żołnierzy stało się to furtką do przeniesienia się w rejony uznawane za bezpieczniejsze, co z oczywistych względów nie jest idealne dla linii obrony.
Finansowe obciążenie wojny: Deficyt budżetowy rośnie
Te wszystkie czynniki – konieczność utrzymania stanu liczebnego armii, ale także te przypadki samowolnego oddalania się ze służby i ich późniejsze rozliczanie – mają bezpośrednie przełożenie na finanse państwa. Eksperci wskazują na szybko rosnący, kilkumiliardowy deficyt w budżecie resortu obrony, co jest naturalną konsekwencją przedłużającej się wojny i rosnących potrzeb militarnych.
Prognozy nie są optymistyczne, zwłaszcza gdy weźmiemy pod uwagę, jak ogromne koszty generuje utrzymanie obecnej liczby personelu. Ołeksij Melnyk, ekspert ds. bezpieczeństwa z kijowskiego Centrum Razumkowa, jasno sygnalizuje nadchodzące wyzwania finansowe:
– Tych pieniędzy może zabraknąć, wychodząc z założenia, że wojna będzie nadal trwała i trzeba będzie wypłacać m.in. wynagrodzenia obecnej liczbie wojskowych. Trzeba brać też pod uwagę koszty leczenia i pensje rannych, ale też odszkodowania wypłacane krewnym poległych żołnierzy, którzy otrzymują zasiłek o równowartości około 150 tys. dol., wypłacany w ciągu kilku lat – mówi „Rzeczpospolitej” Ołeksij Melnyk.
Ta finansowa presja, w połączeniu z wyzwaniami kadrowymi i problemem absencji, rysuje obraz Armii Ukrainy, która musi balansować nie tylko na froncie militarnym, ale również na froncie wewnętrznym, zarządzając zasobami ludzkimi i budżetowymi w warunkach skrajnie napiętej sytuacji.