Wojna w Strefie Gazy zawisła na włosku, a echa politycznych deklaracji Donalda Trumpa wciąż wybrzmiewają w regionie. Czy wizja „Rady Pokoju” i międzynarodowych sił stabilizacyjnych to realna ścieżka do deeskalacji, czy raczej kolejna utopijna koncepcja, która rozbije się o twardy mur politycznych interesów? Choć zapowiadano szybkie działania, rzeczywistość w terenie maluje obraz patowej sytuacji, gdzie zawieszenie broni jest bardziej życzeniem niż faktem.

Pułapka Trumpa: Rady Pokoju i Międzynarodowe Siły Stabilizacyjne – Czy To Projekt na Święta?
Donald Trump, z charakterystyczną dla siebie pewnością siebie, zadeklarował kilka dni temu: „Wszystko idzie dobrze. Druga faza planu rozpocznie się wkrótce”. Ta optymistyczna nuta dotyczy jego autorskiego planu stabilizacji, który zakłada utworzenie Rady Pokoju, mającej być pod jego osobistym przewodnictwem, wspieranej przez dziesięciu przywódców państw arabskich i zachodnich. Mało tego, plan przewiduje powołanie także międzynarodowego zarządu, w którego skład wejdą postacie kalibru Tony’ego Blaira, a także doradców Trumpa, Jareda Kushnera i Steve’a Witkoffa. Według doniesień portalu Axios, decyzje w tej sprawie miały zapaść jeszcze przed świętami – ambicje są zatem ambitne!
Poważnym elementem tej układanki jest koncepcja Międzynarodowych Sił Stabilizacyjnych (ISF). Jak się okazuje, to nie lada orzech do zgryzienia. Do ISF mają dołączyć kontyngenty z państw arabskich, ale także z Europy, w tym Francji, Niemiec i Wielkiej Brytanii. Tu jednak pojawia się pierwszy poważny zgrzyt: Turcja, która aspiruje do bycia obecną w Gazie, napotyka na sprzeciw Izraela. Na razie jedynym namacalnym efektem tych przygotowań jest Cywilno-Wojskowe Centrum Koordynacyjne (CMCC) nieopodal Beer Szewy, gdzie setka amerykańskich żołnierzy przygotowuje logistyczną platformę pod ewentualną misję pokojową.
Kto rozbroi Hamas? Palestyńczycy nie chcą słyszeć o kapitulacji
Pomimo tych przygotowań na papierze, rzeczywistość w terenie jest brutalna i daleka od pokojowej utopii. Zawieszenie broni, o którym się mówi, jest, delikatnie mówiąc, nagminnie łamane. Hamas wciąż sprawuje kontrolę nad całym pasem terytorium między linią uznawaną za „żółtą” (stanowiska izraelskie) a brzegiem Morza Śródziemnego. Co gorsza, liderzy Hamasu kategorycznie odrzucają wezwania do złożenia broni, do czego rzekomo się zobowiązali. Ich stanowisko jest jasne: broń oddadzą dopiero wtedy, gdy zagwarantowana zostanie realna ścieżka do powstania państwowości palestyńskiej. To prawnie wiążące zobowiązanie czy pokerowa zagrywka?
Sytuację tę doskonale podsumowuje Avi Scharf z krytycznego wobec rządu izraelskiego dziennika „Haarec”, który mówi „Rzeczpospolitej”: „Żaden plan nie może działać, dopóki Hamas jest u władzy w Gazie”. Czy Izrael ma w tej chwili ochotę zmieniać ten status quo? Wydaje się, że premier Netanjahu może odczuwać satysfakcję. Owszem, zasadniczym celem dwuletniej, jak to określił analityk, „barbarzyńskiej wojny w Gazie” nie udało się w pełni zrealizować, za to zakładnicy wrócili do domów. Ponadto, Hamas został zdruzgotany na tyle, że nie jest zdolny do zagrażania państwu żydowskiemu – 40-tysięczny zapas rakiet jest, jak się wydaje, wyczerpany. Z perspektywy Jerozolimy, obecny stan rzeczy może potrwać. Nic dziwnego, skoro skrajnie prawicowy rząd Netanjahu formalnie nie przyjął planu Trumpa, któremu sprzeciwiają się ultranacjonalistyczni ministrowie. Ich odejście oznaczałoby upadek rządu! Ci żydowscy szowiniści liczą na utrwalenie podziału Strefy Gazy i w dalszej perspektywie aneksję okupowanej dziś części. Plan zaakceptował jedynie premier, obok rezolucji ONZ. Mamy więc polityczny galimatias.
Kiedy ruszy odbudowa Strefy Gazy? Prowokacje jako strategia przetrwania?
Pytanie o odbudowę Strefy Gazy pozostaje na razie w sferze czystej teorii, ponieważ nikt nie wie, co się wydarzy jutro. Nadim Shehadi, były ekspert Chatham House, w rozmowie z „Rzeczpospolitą” z Bejrutu przyznaje: „Trudno być prorokiem w obecnej sytuacji. Nowej wojny nie można wykluczyć tak, jak utrzymywania się przez długi czas obecnego stanu zawieszenia konfliktu”.
Jego zdaniem, strategia Hamasu opiera się na cynicznych założeniach. Chodzi o prowokowanie wojsk izraelskich na tak zwanej żółtej linii w nadziei na sprowokowanie nowej ofensywy armii izraelskiej, która pociągnie za sobą kolejne bombardowania i masowe ofiary cywilne. Taki ciąg zdarzeń miałby wywołać globalną falę protestów antyizraelskich, co paradoksalnie, wzmocniłoby polityczną pozycję samego Hamasu. Ta gra zakłada, że Hamas jest niezniszczalny. W efekcie mamy do czynienia ze swoistym politycznym patem. Co ciekawe, ten impas służy zarówno Hamasowi, jak i obecnym władzom Izraela.