Donald Trump powraca z nowymi (a może starymi) deklaracjami, które znów rozpalają wyobraźnię analityków geopolityki i prawników konstytucyjnych. Czy prezydentura byłego magnata to gwarancja stabilności na Pacyfiku i spacyfikowania rosnących napięć z Pekinem? Według samego Trumpa, odpowiedź brzmi: tak, ale tylko za jego kadencji. Przyjrzyjmy się jego najnowszym ocenom sytuacji międzynarodowej oraz kontrowersyjnym wizjom dotyczącym wykorzystania władzy wykonawczej i jej granic.

Trump kontra Xi: Kto kontroluje Tajwan? Samozwańczy „wielki odstraszacz”
Relacje między Stanami Zjednoczonymi a Chinami, a zwłaszcza kwestia Tajwanu, od dawna budzą mieszane uczucia na całym świecie. Donald Trump, znany ze swojego bezpośredniego stylu i niekonwencjonalnych podejść do dyplomacji, sugeruje, że jego obecność w Gabinecie Owalnym jest jedyną barierą powstrzymującą chińskiego przywódcę, Xi Jinpinga, przed podjęciem drastycznych kroków.
W rozmowie z „NYT” Trump dał jasno do zrozumienia, że choć nie ma pewności co do zamiarów Xi, jego osobista obecność w Białym Domu ma kluczowe znaczenie prewencyjne. Jak sam stwierdził:
„To zależy od niego, co zamierza zrobić. Ale powiedziałem mu, że byłbym bardzo niezadowolony, gdyby to zrobił i nie sądzę, żeby to zrobił. Mam nadzieję, że nie” – powiedział Trump w rozmowie z „NYT”.
Co więcej, sugeruje on, że determinacja Pekinu w kwestii Tajwanu jest ściśle powiązana z tym, kto aktualnie zajmuje najwyższy urząd w Waszyngtonie. Dla zwolenników twardej retoryki, to dowód na to, że polityka siły odstrasza dyktatorów. Dla krytyków – to niebezpieczna gra, która opiera bezpieczeństwo międzynarodowe na zmiennych nastrojach jednego polityka.
„Może to zrobić, jak będziemy mieć innego prezydenta, ale nie sądzę, żeby to zrobił, gdy ja jestem prezydentem” – dodał Trump, podkreślając swoją rolę jako unikatowego gwaranta porządku w relacjach chińsko-amerykańskich.
Warto tu odnotować szerszy kontekst. W przeszłości Trump chętnie podkreślał, że Stany Zjednoczone, za jego rządów, stały się siłą, której zarówno Chiny, jak i Rosja, miały się obawiać – co, jego zdaniem, było efektem odbudowy amerykańskiej potęgi.
Sędziowie pod lupą: Czy prezydencka władza jest nieograniczona?
Komentując politykę wewnętrzną, Trump odnosi się do nieustającej batalii administracji wykonawczej z sądownictwem. Kwestia delegowania władzy i jej konstytucyjnych limitów jest polem minowym, zwłaszcza gdy prezydent sięga po narzędzia nadzwyczajne, takie jak cła wprowadzone w trybie stanu wyjątkowego, czy też dysponuje Gwardią Narodową.
Były prezydent zdaje się akceptować pewien nadzór ze strony wymiaru sprawiedliwości, ale tylko w ściśle określonych ramach. W jego ocenie, sędziowie mają prawo interweniować w jego poczynania tylko „w pewnych okolicznościach”. To dosyć daleko idąca interpretacja równowagi władz, sugerująca, że fundamentalna kontrola i równowaga (checks and balances) powinny być raczej wyjątkiem niż regułą.
Co ciekawe, Trump już teraz myśli o strategicznych obejściach ewentualnych orzeczeń sądowych, co świadczy o jego gotowości do testowania granic uprawnień prezydenckich do granic możliwości prawnych. Szczególnie intrygujące są jego rozważania na temat ceł. Gdyby Sąd Najwyższy uchylił cła wprowadzone na mocy deklaracji stanu wyjątkowego, Trump widzi lukę prawną, która pozwoliłaby mu transformować te restrykcje.
Rozważał już jednak obejścia sędziowskich praw – zasugerował możliwość, że jeśli jego cła wprowadzone w ramach stanu wyjątkowego zostaną uchylone przez Sąd Najwyższy, będzie mógł przekształcić je w opłaty licencyjne.
Taka elastyczność interpretacyjna, zamienianie sankcji handlowych w opłaty licencyjne, jeśli orzeczenie okaże się niewygodne, to przykład typowego dla jego podejścia forsowania granic prawnych, by osiągnąć pożądany cel polityczny, niezależnie od pierwotnej klasyfikacji prawnej danego narzędzia. Ta strategia wymaga mistrzowskiej żonglerki nomenklaturą prawną, ale z pewnością sprawi, że uwaga prawników konstytucyjnych na Kapitolu będzie musiała być podniesiona do maksimum.