Donald Trump, znany ze swojego bezpośredniego i nieprzewidywalnego stylu, właśnie dał światu do zrozumienia, że jego cierpliwość w kwestii stanowiska prezydenta Ukrainy, Wołodymyra Zełenskiego, dobiega końca. W nocie podanej na gali Kennedy Center Honors, Trump zasugerował, że Kijów opiera się amerykańskiemu planowi pokojowemu, co wywołało dreszcz na arenie międzynarodowej i zrodziło pytania o przyszłość wsparcia USA dla Ukrainy. Czy to blef, czy realna groźba zmiany kursu w obliczu trwającej od blisko czterech lat wojny?

Trump traci wigor? Koniec pobłażania dla Zełenskiego
Donald Trump, w charakterystycznym dla siebie stylu, który miksuje presję z udawanym rozczarowaniem, rzucił w eter bombę: nie jest pewien, czy Wołodymyr Zełenski akceptuje propozycje pokojowe sformułowane przez Waszyngton. Co więcej, były prezydent USA stwierdził, że ukraiński przywódca „jeszcze nie przeczytał propozycji”, mimo że – jak zadeklarował Trump – „jego ludzie ją uwielbiają” i co kluczowe, „Rosja się z nią zgadza”. O jaką dokładnie propozycję chodzi – czy o szeroko komentowany 28-punktowy projekt, który niektórzy nazywali rosyjską „listą życzeń”, czy o nowszą wersję amerykańskich założeń – pozostaje niejasne. Jednak dla dyplomatów śledzących negocjacje, frustracja Trumpa była równie widoczna, co zamierzona.
Zachodni dyplomata, cytowany przez Kyiv Post, precyzyjnie określa ten ruch: „Trump sygnalizuje Zełenskiemu, że czas ucieka i Waszyngton chce działań. Jednocześnie wysyła sygnał do Moskwy, że jest gotów wywrzeć silną presję na Kijów, co budzi zdziwienie w stolicach europejskich”. Ta dwoistość komunikatu jest klasycznym elementem strategii negocjacyjnej Trumpa.
Seria tych komentarzy miała miejsce tuż po zakończeniu trzydniowych rozmów na Florydzie między ekipami negocjacyjnymi USA i Ukrainy, które Zełenski określił jako „konstruktywne, choć niełatwe”. W Kijowie przebywali Rustem Umierow i Andrij Hnatow, którzy spotkali się z amerykańskim specjalnym wysłannikiem Steve’em Witkoffem oraz zięciem Trumpa, Jaredem Kushnerem. Co ciekawe, niedawno ci sami wysłannicy odbyli bezpośrednią rozmowę z Władimirem Putinem, co skłoniło Kreml do sugerowania, że pewne amerykańskie sugestie zostały „przyjęte”.
Czerwone linie Kijowa kontra optymizm Waszyngtonu
Stanowisko Moskwy pozostaje jednak zaskakująco nieugięte. Jurij Uszakow, doradca Putina do spraw polityki zagranicznej, stwierdził w niedzielę, że plan USA wymagałby „radykalnych zmian”, zwłaszcza w kwestiach Donbasu i losu Zaporoża – czyli terytoriów, które Zełenski wielokrotnie wyznaczył jako swoje „czerwone granice”. Ukraina konsekwentnie powtarza, że nie zamierza „oddać ziemi w zamian za pokój”, obawiając się, że jakiekolwiek ustępstwa jedynie zachęcą Rosję do przyszłych, agresywnych ofensyw. Mimo to, Trump nadal naciska na porozumienie, którego wczesne wersje zakładały przekazanie przez Ukrainę Doniecka i Ługańska.
W sobotę ustępujący wysłannik USA, Keith Kellogg, dorzucił do dyskusji paliwa, stwierdzając, że negocjacje są „na ostatnich 10 metrach” i dotyczą niemal wyłącznie terytoriów spornych oraz Zaporoża. To ocena, którą przynajmniej część sojuszników uważa za skrajnie optymistyczną. Jak zauważył inny europejski dyplomata dla Kyiv Post: „Można odnieść wrażenie, że Biały Dom chce porozumienia szybciej, niż region jest w stanie je osiągnąć. Wszyscy dostrzegają pilność sprawy, ale nie wszyscy zgadzają się z harmonogramem lub kompromisami”.
Dyplomatyczna szarpanina przed kluczowym spotkaniem
Prezydent Zełenski przez cały weekend podkreślał zaangażowanie w negocjacje prowadzone w „dobrej wierze”, jednocześnie ostrzegając europejskich liderów – w tym Giorgię Meloni – że „nadal pozostaje wiele do zrobienia, aby zapewnić, że Rosja rzeczywiście zobowiąże się do zakończenia wojny”. W obliczu tych napięć, w Londynie planowane jest spotkanie Zełenskiego z Keirem Starmerem, Emmanuelem Macronem i Friedrichem Merzem, mające na celu ustalenie kolejnych kroków.
W Waszyngtonie brytyjska minister spraw zagranicznych, Yvette Cooper, ma spotkać się z sekretarzem stanu USA Marco Rubio, co Londyn określa jako skoordynowany wysiłek mający „potwierdzić zaangażowanie na rzecz sprawiedliwego i trwałego pokoju”. Celem jest, aby nie doprowadzić do sytuacji, w której Kijów zostałby zmuszony do zawarcia umowy, której jego społeczeństwo nie zaakceptuje.
Tymczasem, Moskwa zareagowała z wyraźnym entuzjazmem na nową strategię bezpieczeństwa narodowego sygnalizowaną przez Trumpa. Dmitrij Pieskow, rzecznik Kremla, pochwalił nacisk kładziony rzekomo na dialog i wyraził nadzieję na „konstruktywną współpracę”. Ten nietypowy wyraz zadowolenia Moskwy wywołał poważny niepokój w kręgach NATO. Wysoki rangą dyplomata NATO bez ogródek stwierdził: „Za każdym razem, gdy Kreml wyraża zadowolenie z polityki Stanów Zjednoczonych, Europa zwraca na to uwagę – i to nie w pozytywnym sensie”. Powszechny jest niepokój związany z sugestiami Trumpa, że naprawa relacji z Moskwą jest kluczowa dla zakończenia konfliktu.
Ostra retoryka Trumpa Jr.: powielanie propagandy Kremla?
Sytuację dyplomatyczną dodatkowo komplikują wypowiedzi Donalda Trumpa Juniora. Podczas forum w Dosze zasugerował on, że jego ojciec może „wycofać swoje wsparcie dla Ukrainy”, oskarżając Kijów o korupcję „znacznie bardziej powszechną” niż w Rosji. Ta retoryka, echem odbijająca argumenty Kremla, wywołała szok i niepokój zarówno w Kijowie, jak i w stolicach europejskich. Zapytany wprost, czy ojciec może porzucić Ukrainę, Trump Jr. odpowiedział bez owijania w bawełnę: „Myślę, że może to zrobić”.
Zachodni urzędnik skomentował dla Kyiv Post, że wszelkie sugestie o potencjalnym wycofaniu USA – nawet te padające z ust członka rodziny – „natychmiast odbijają się echem na polu bitwy”. Jurij Bojeczko, szef amerykańskiej organizacji humanitarnej Hope for Ukraine, nazwał wypowiedź Trumpa Jr. „niebezpieczną i błędną oceną sytuacji”, podkreślając, że Amerykanie, w tym wielu Republikanów, nadal w dużej mierze popierają obronę Ukrainy.
Bojeczko krytykuje narrację o korupcji jako przeszkodzie: „Pomysł, że korupcja w Ukrainie jest główną przeszkodą dla pokoju lub jest gorsza niż w Rosji, jest argumentem, który wygodnie ignoruje rzeczywistość”. Zauważa, że choć Ukraina zmaga się z korupcją w czasie wojny, Rosja funkcjonuje w ramach „państwowej kleptokracji”, gdzie korupcja jest fundamentalną zasadą. Równanie tych dwóch państw, zdaniem Bojeczki, jest „nieświadomym powtarzaniem propagandy Kremla” i tworzy moralną równoważność, która „po prostu nie istnieje”.
Wojna na wyniszczenie kontra dyplomatyczna meta
Podczas gdy negocjatorzy spierają się o granice i status Zaporoża, Rosja kontynuuje bezwzględne ataki rakietowe, dronowe i artyleryjskie, pozbawiając prądu i wody Krzemieńczuk oraz uderzając w infrastrukturę energetyczną przed nadchodzącą zimą. Dla Kijowa te salwy to dowód, że Moskwa stawia na zwycięstwo przez wyniszczenie, a nie na kompromis.
Zachodni dyplomaci są zgodni: dyplomacja wkracza w fazę decydującą. W tej fazie Zełenski musi wykazać się elastycznością, ale nie może przekraczać ustalonych czerwonych linii. Rosja musi przestać grać na zwłokę, a Trump musi podjąć decyzję – czy zależy mu na historycznym porozumieniu, czy tylko na kolejnym sensacyjnym nagłówku.
Jak kwituje to jeden z zachodnich urzędników: „Wszyscy krążą wokół strefy lądowania, ale nikt nie jest jeszcze gotowy do lądowania”. Nie chodzi już tylko o możliwość pokoju, ale o to, czy polityczne motywacje Waszyngtonu, Kijowa i Moskwy zbiegną się na tyle długo, by stał się on faktem. Te motywacje są obecnie wyjątkowo niestabilne. W tej kruchliwej szachownicy, gdzie sojusznicy są spięci, przeciwnicy testują granice, a zegar tyka głośno, świat patrzy. Jedyną otwartą kwestią pozostaje to, która ze stron jako pierwsza „mrugnie”.