Donald Trump ponownie szokuje świat swoimi deklaracjami, tym razem stawiając pod znakiem zapytania przyszłość NATO, jeśli nie spełni się jego żądanie dotyczące Grenlandii. Czy mamy do czynienia z kolejnym błyskotliwym blefem politycznym, mającym na celu wyciśnięcie ustępstw od sojuszników, czy może to sygnał, że geopolityczne priorytety Waszyngtonu ulegają fundamentalnej zmianie? Eksperci analizują ten hybrydowy atak dyplomatyczny, który każe się zastanowić nad definicją sojuszu w XXI wieku.

Trump serwuje ultimatum: NATO albo własność Grenlandii
Prezydent Stanów Zjednoczonych, Donald Trump, w wywiadzie dla „The New York Times” nie pozostawił złudzeń co do swojej determinacji w kwestii przejęcia kontroli nad Grenlandią. Stwierdził on kategorycznie, że dla powodzenia amerykańskiej strategii „posiadanie” wyspy jest kluczowe, a inne formy współpracy – takie jak dzierżawa czy traktat – są niewystarczające. Jak sam zauważył:
Uważam, że jest to psychologicznie niezbędne do osiągnięcia sukcesu. Myślę, że posiadanie na własność daje coś, czego nie da się osiągnąć, gdyby chodziło o dzierżawę czy traktat. Posiadanie daje rzeczy i elementy, których nie da się uzyskać, po prostu podpisując dokument.
To postawienie sprawy „na ostrzu noża” – wybór między kluczowym dla niego terytorium i fundamentem bezpieczeństwa po stronie NATO – wywołało falę spekulacji. Co więcej, pojawiają się doniesienia, że Biały Dom rozważa scenariusze oferowania Grenlandczykom gigantycznych sum pieniędzy (nawet 100 tysięcy dolarów na osobę) w zamian za poparcie secesji od Danii. Amerykańska administracja wydaje się grać na wszystkich frontach, testując, który rodzaj presji przyniesie oczekiwany efekt.
Czy Trump stracił szacunek dla prawa międzynarodowego?
Kontrowersje nie skończyły się na strategicznym terytorium. Kiedy zapytano Trumpa o granice jego działań międzynarodowych, odpowiedź była równie prowokacyjna. Prezydent odparł, że jedynym ograniczeniem jest jego osobiste poczucie moralności, dodając bez ogródek:
Nie potrzebuję prawa międzynarodowego.
Taka deklaracja, w kontekście agresywnej polityki wobec sojuszników, budzi ogromny niepokój. Wiceprezydent J.D. Vance próbował później łagodzić te słowa, sugerując Europejczykom, by traktowali wypowiedzi prezydenta poważnie, chociaż akcentował, że priorytetem USA jest bezpieczeństwo Arktyki, a niekoniecznie samo posiadanie wyspy. Jednak te „hybrydowe” metody wywierania nacisku, łączące groźby z potencjalnymi gratyfikacjami finansowymi, wskazują na nowy, transakcyjny model prowadzenia polityki zagranicznej przez Waszyngton.
Eksperci o taktyce „podbijania bębenka”
Gen. Stanisław Koziej, były szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego, ocenia wypowiedzi Trumpa jako celową eskalację mającą na celu testowanie wytrzymałości i gotowości sojuszników do negocjacji. Według niego, jest to granie na wysokich tonach, aby wymusić uwagę i ustępstwa:
Myślę, że jeszcze bardziej podbija bębenek w sprawie Grenlandii. Ale to wcale nie znaczy, że już się na coś zdecydował albo że podejmie decyzję. Myślę, że woli grać na takich wysokich częstotliwościach, tak żeby Europa miała o czym dyskutować. I po jakimś czasie chce się zorientować, w którym kierunku to zmierza.
Generał uważa, że Trump chce zobaczyć, co uda mu się „ugrać” – czy to poprzez finansowe zachęty dla mieszkańców Grenlandii, czy wymuszenie zgody na referendum niepodległościowe. Jako „minimum” prezydent może osiągnąć pewien plan wzmacniający amerykańskie bazy na wyspie, co dałoby USA kontrolę strategiczną nad regionem Arktyki.
Z drugiej strony, Jan Starosta z Fundacji Instytut Nowej Europy, zauważa, że eskalacja do poziomu konfliktu zbrojnego jest wysoce nieprawdopodobna. Choć precedens kupna terytoriów (jak Alaska czy Luizjana) istnieje, bezpośrednia inwazja oznaczałaby natychmiastowy koniec NATO.
To po prostu próba nacisku. Po pierwsze nie wyobrażam sobie wojny pomiędzy sojusznikami. A po drugie Stany Zjednoczone i tak mają możliwość wysyłania do Grenlandii tylu żołnierzy, ilu chcą, nie naruszając zobowiązań sojuszniczych ani innych umów międzynarodowych.
Starosta dodaje, że Trump przesuwa granice negocjacyjne, rzucając hasła skrajnie nieakceptowalne, by później móc przedstawić „plan B” jako kompromis. Jest to test, na jakie ustępstwa gotowi są pójść europejscy partnerzy, szczególnie w obliczu rosnących napięć.
Reakcja sojuszników: obrona integralności terytorialnej
Reakcja społeczności międzynarodowej była szybka i stanowcza. Dania, w odpowiedzi na dyskusje o militarnej interwencji, oświadczyła, że jej żołnierze na Grenlandii podejmą natychmiastowy kontratak w przypadku inwazji, bez czekania na rozkaz z Kopenhagi.
Co ważniejsze, sojusznicy z Unii Europejskiej, Wielka Brytania i Kanada, solidarnie stanęli w obronie Danii. Na paryskim szczycie podpisano wspólne oświadczenie, w którym kluczowe kraje (Francja, Niemcy, Włochy, Polska, Hiszpania, Wielka Brytania) zaznaczyły, że bezpieczeństwo w Arktyce musi opierać się na poszanowaniu Karty Narodów Zjednoczonych, suwerenności i integralności terytorialnej Królestwa Danii. To jasny sygnał dla Waszyngtonu, że próby jednostronnego działania spotkają się ze sprzeciwem. Ostatnie akcje USA, jak sugeruje Starosta, pokazują pewną sprawczość na arenie światowej, ale działania dyplomatyczne i finansowe różnią się diametralnie od zbrojnych interwencji.