Tysiące narodzin, miliardy złotych i morze kontrowersji – program refundacji in vitro to jedna z najgorętszych historii w dzisiejszej Polsce. Kiedy rząd ogłasza, że dzięki publicznym pieniądzom na świat przyszło już ponad 6000 dzieci, jedni mówią o cudzie i wielkim sukcesie, a inni wskazują na tych, których system zostawił za burtą. Czy to naprawdę złoty standard leczenia niepłodności, czy może program pełen luk i pytań bez odpowiedzi?

Cud narodzin za publiczne pieniądze? Jak program in vitro odmienia polską demografię
Historia małej Oli, którą w internetowym nagraniu przedstawił premier Donald Tusk, to symboliczna twarz wielkiej zmiany. To jedno z ponad 6018 dzieci, które przyszły na świat dzięki przywróconej po latach refundacji zapłodnienia pozaustrojowego. Statystyki rosną w zawrotnym tempie – obecnie odnotowano już ponad 20 tysięcy ciąż, a eksperci mówią wprost o ogromnym sukcesie.
To bardzo dobry program, wysoce skuteczny, o czym świadczy właśnie wysoki odsetek uzyskanych ciąż – chwali rozwiązania prof. dr hab. Rafał Kurzawa, prezes Polskiego Towarzystwa Medycyny Rozrodu i Embriologii.
Jego zdaniem, dzięki programowi możemy spodziewać się nawet 15 tysięcy porodów rocznie. To liczby, które mają realny i potężny wpływ nie tylko na życie tysięcy rodzin, ale i na fatalne wskaźniki demograficzne Polski. Co sprawia, że program działa tak dobrze? Marta Górna ze Stowarzyszenia „Nasz Bocian” podkreśla, że „jest tak skonstruowany, że bardzo wielu parom udaje się wychodzić z tego programu z dzieckiem”. To nie tylko zasługa samej procedury, ale też faktu, że państwo w końcu zdjęło z pacjentów gigantyczny ciężar finansowy. Pary, które do tej pory mogły tylko marzyć o dziecku, dostały realną szansę.
To często osoby pragnące dziecka, ale niezamożne. Widać, że właśnie teraz, dzięki refundacji, mogą starać się o dziecko poczęte metodą in vitro. Bez refundacji nie byłoby ich na to stać – zauważa prof. Kurzawa.
In vitro dla każdego? Kto łapie się na refundację, a kto zostaje na lodzie
Od 1 czerwca 2024 roku rządowy program otworzył drzwi do leczenia dla wielu par, ale wejście nie jest dostępne dla wszystkich. Państwo finansuje kwalifikację, niezbędne badania i kluczowe etapy samej procedury. Kto może skorzystać? Program obejmuje pary (w związkach małżeńskich lub partnerskich), u których stwierdzono niepłodność lub które bezskutecznie leczyły ją przez ostatnie 12 miesięcy. Kluczowe są też limity wieku: do 42. roku życia dla kobiet korzystających z własnych komórek i do 45. roku życia przy dawstwie komórki jajowej lub zarodka. W przypadku mężczyzn górna granica to 55 lat.
Kryteria przystąpienia do programu są bardzo szerokie. Finansowane może być aż sześć procedur in vitro, co jest złotym standardem. Refundowana jest także możliwość skorzystania z komórki dawczyni czy męskiego nasienia. Ten program daje dużą szansę na dziecko – mówi Marta Górna.
Budżet programu jest imponujący – 2,5 miliarda złotych do końca 2028 roku. Co istotne, program po raz pierwszy na taką skalę zabezpiecza płodność pacjentów onkologicznych. Kobiety do 40. roku życia i mężczyźni do 45. roku życia mogą przed lub w trakcie wyniszczającego leczenia nowotworowego zamrozić swoje komórki rozrodcze. Niestety, ta opcja wciąż jest mało znana.
Chciałbym się mylić, ale myślę, że lekarze onkolodzy jeszcze zbyt rzadko informują swoich pacjentów o takiej możliwości – alarmuje prof. Kurzawa.
Co dalej z in vitro? Głosy ekspertów o dyskryminacji i niewygodnych pytaniach
Choć program jest chwalony, eksperci i pacjenci wskazują na kontrowersyjne luki, które dla wielu oznaczają wykluczenie. Najgłośniejszy zarzut? Dyskryminacja samotnych kobiet. Polskie prawo nie tylko odmawia im refundacji leczenia, ale całkowicie blokuje dostęp do procedur wspomaganego rozrodu, nawet jeśli chciałyby za nie zapłacić z własnej kieszeni.
Przede wszystkim zwróciłbym uwagę na brak możliwości leczenia samotnych kobiet. Moim zdaniem to dyskryminacja – mówi wprost prof. Kurzawa.
Marta Górna dodaje, że problem jest jeszcze głębszy. Samotne kobiety w Polsce nie mogą nawet zabezpieczyć swojej płodności na przyszłość, chyba że istnieją ku temu wskazania medyczne, jak choroba nowotworowa.
W 75 proc. europejskich krajów singielki mają prawo do leczenia, a w prawie wszystkich mogą zabezpieczać swoją płodność – zauważa działaczka, pokazując, jak bardzo polskie prawo odstaje od europejskich standardów.
To jednak nie koniec niewygodnych tematów. Eksperci coraz śmielej otwierają dyskusję na temat dostępu do procedury dla par, które nie są niepłodne, ale obciążone są ryzykiem przekazania dziecku ciężkiej choroby genetycznej. Dzięki badaniom preimplantacyjnym zarodków można byłoby wybrać ten, który jest zdrowy.
Wiem, że to nie wszyscy mogą łatwo zaakceptować, to złożone zagadnienia, ale trzeba zacząć o nich rozmawiać – apeluje Górna.
Podobnie jest z kwestią anonimowości dawców gamet, która – jej zdaniem – ogranicza prawo dziecka do poznania własnych korzeni. Prof. Kurzawa z kolei postuluje wprowadzenie twardego monitoringu ośrodków realizujących program. Chodzi o to, by publiczne pieniądze trafiały tam, gdzie skuteczność jest najwyższa, a pacjenci otrzymują najlepszą opiekę. Jak sam podkreśla, placówki z dużym doświadczeniem, przeprowadzające co najmniej 200 cykli rocznie, osiągają po prostu lepsze wyniki.