Wielkim echem w polskiej przestrzeni obronnej odbija się wizja potencjalnego wzmocnienia floty transporterów opancerzonych o amerykańskie Strykery – pojazdy, które mogłyby trafić do naszych sił zbrojnych „bezpłatnie”. Czy jednak ten dar od sojusznika to prawdziwy skarb, czy może finansowa pułapka, która obciąży budżet bardziej niż się spodziewamy? Przyjrzyjmy się bliżej dwóm stronom tego medalu – potencjalnym korzyściom i znaczącym ryzykom.

Kusi wizja darmowej technologii: Czy Stryker to tylko bonus?
Potencjalna korzyść, choć obarczona pewną dozą niepewności, to kwestia ceny. Oczywiście, perspektywa „bezpłatnego” przejęcia pojazdów brzmi kusząco, ale jak podkreśla Mariusz Cielma, redaktor naczelny „Nowej Techniki Wojskowej”, darmowość to pojęcie względne. „To są wozy na pewno bardziej przydatne niż używane Cougary, które kupiliśmy kilka lat temu i już mamy w służbie. Jeżeli to mają być starocie po Iraku i Afganistanie, to pojawia się pytanie czy warto to brać, ponieważ koszty remontów mogą być znaczne” – zauważa ekspert. W pesymistycznym scenariuszu, koszty przywrócenia tych wozów do pełnej sprawności mogą zbliżyć się do kwoty, jaką trzeba by wydać na zakup zupełnie nowych transporterów opancerzonych. To gra o sumę zerową, jeśli nie przemyślimy skali modernizacji.
Niemniej jednak, wejście Strykerów do polskiej armii ma jeszcze jeden, strategiczny atut. Zapoznanie polskich żołnierzy z tym sprzętem, który Amerykanie aktywnie dostarczają choćby Ukrainie, mogłoby procentować podczas ewentualnego kryzysu. Posiadanie znajomości obsługi sojuszniczego sprzętu to nieoceniony kapitał w sytuacji, gdybyśmy nagle, w obliczu zagrożenia, potrzebowali natychmiastowego i silnego wsparcia ze strony państw NATO. To budowanie interoperacyjności w praktyce, a nie tylko na papierze.
Plusy ujemne: Jak amerykański dar wpłynie na rodzimy przemysł?
Każdy, kto choć trochę zna realia zbrojeniowe, wie, że każda moneta ma dwie strony. Wprowadzenie Strykerów do naszego arsenału niesie ze sobą poważne ryzyko dla polskiego przemysłu obronnego. Najważniejszym „minusem” jest niejasny wpływ tego ruchu na przyszłe zamówienia na nasze, krajowe kołowe transportery opancerzone Rosomak, dostarczane przez Polską Grupę Zbrojeniową (PGZ). Pozyskanie maszyn „za darmo” może sprawić, że armii nagle „zabraknie środków na zakupy w polskim przemyśle”, co jest scenariuszem, na który nie może sobie pozwolić nasza zbrojeniówka rozwijana na potęgę.
Sytuację komplikuje fakt, że Rosomak, choć produkowany na polskiej licencji od fińskiej Patrii, ma wygasającą umowę w 2028 roku. Mimo że polski przemysł wzbogacił konstrukcję o cenioną na rynku wieżyczkę ZSSW-30, współpraca transgraniczna bywa trudna i podobno wpływa negatywnie na możliwości eksportowe naszej konstrukcji. Rozwiązaniem tego pata ma być projekt Nowego Kołowego Transportera Opancerzonego (NKTO) – pieszczotliwie nazywanego Serwalem. Problem polega na tym, że o Serwalu mówi się od lat, a jego materializacja wciąż napotyka na biurokratyczne, bądź finansowe przeszkody.
Co na to PGZ? Biuro prasowe spółki informuje, że „Harmonogram realizacji projektu NKTO Serwal zakłada możliwość zabezpieczenia potrzeb Sił Zbrojnych RP w obszarze kołowych transporterów opancerzonych poprzez płynne przejście z obecnie realizowanych dostaw KTO Rosomak na nowy pojazd”. Kluczem do tego „płynnego przejścia” jest jednak szybkie dopięcie formalności: „Kluczowym działaniem dla kontynuacji prac projektowych przez Grupę Kapitałową PGZ nad NKTO jest zawarcie z Agencją Uzbrojenia umowy wykonawczej na podwozia prototypowe wraz z zagwarantowaniem dostaw seryjnych pojazdów”. Innymi słowy, dopóki nie będzie twardych kontraktów na następcę Rosomaka, wizja zastąpienia luk (ewentualnie powstałych przez otrzymanie Strykerów) rodzimym, nowoczesnym pojazdem pozostaje w sferze ambitnych planów, a nie pewnego harmonogramu. Decyzja o przyjęciu amerykańskiej „darowizny” będzie miała zatem dalekosiężne konsekwencje dla całej polskiej linii produkcyjnej bojowych wozów kołowych.