Zdrada na szczytach francuskiej polityki staje się faktem: były prezydent Nicolas Sarkozy ostro odcina się od swojego następcy, Emmanuela Macrona. Czy powodem jest zimna kalkulacja polityczna, czy może osobista ambicja sięgająca czasów Napoleona? Scena republikańska we Francji drży w posadach, a najbliższe wybory mogą zdefiniować przyszłe sojusze, które zaskoczą niejednego analityka.
Dlaczego Macron stracił byłego sojusznika? Nie tylko brak telefonu
Relacja między Nicolasem Sarkozym a Emmanuelem Macronem wyraźnie się załamała, a były prezydent znalazł publiczny powód do zerwania więzi. Sarkozy miał uznać, że decydującym ciosem był brak telefonu od Macrona, gdy ten postanowił usunąć go z grona kawalerów Legii Honorowej. To cios zadany w samo serce politycznej dumy. Jednakże, jak sam Sarkozy sugeruje, prawda może być bardziej wielowymiarowa. Dokumentuje on w swojej książce, że Macron nie tylko przyjął go na cztery dni przed aresztowaniem w Pałacu Elizejskim, ale ponoć nawet starał się wynegocjować dla niego lepsze warunki osadzenia. To sugeruje, że osobiste gesty, choć symboliczne, bledną w obliczu twardej politycznej rachuby. Problem polega na tym, że Macron jako sojusznik polityczny przestał rokować na przyszłość. Dowód? Najnowsze sondaże dla Instytutu Elabe wskazują, że zaufanie do obecnego prezydenta spadło do zaledwie 18 proc. Francuzów. Kiedy lider traci poparcie, dawni poplecznicy szybko szukają nowego kierunku.
Jak Bonaparte odcina się od przeszłości? Wzór Berlusconiego
Nicolas Sarkozy, mimo zaawansowanego wieku 70 lat, wciąż uważa się za przywódcę w stylu Bonapartego – wizjonera kreującego przyszłość, a nie reliktu minionej epoki. Jak zauważa analityk Aurélien Duchêne, Sarkozy „stracił sporo wpływów, wciąż jednak ma wśród Republikanów dużo zwolenników.” Wygląda na to, że Sarkozy doszedł do wniosku, że sojusz gaullistów ze skrajną prawicą jest nieunikniony. Jeżeli ma to nadejść, woli nie być tym, który tego nie dostrzegł.
Duchêne porównuje tę strategię do manewrów Silvio Berlusconiego, który wszedł w bliższy sojusz z Ligą i partią Fratelli d’Italia (Bracia Włosi), de facto sprowadzając swoją umiarkowaną Forza Italia do roli mniejszościowego partnera skrajnej prawicy. Sarkozy może planować podobny zwrot, upewniając się, że jego obóz zachowa pewną autonomię, ale jednocześnie wyznaczy kierunek, zanim inni to zrobią. Decyzja ta może być również próbą uniknięcia marginalizacji, jeśli skrajna prawica nadal będzie zyskiwać na sile.
Czy Republikanie pójdą drogą Mélenchona? Dylemat skrajnej prawicy
Nie wszyscy w obozie Republikanów podzielają ten pociąg do otwarcia na skrajną prawicę. Postacie takie jak były premier Michel Barnier czy przewodniczący regionu Hauts-de-France Xavier Bertrand stanowczo odcinają się od współpracy z drużyną Marine Le Pen. To, która frakcja przeważy, ma się okazać na wiosnę podczas wyborów lokalnych, a być może i wcześniej, jeśli dojdzie do przedterminowych wyborów parlamentarnych.
W szeregach partii słychać obawy, że formalne wejście w sojusz ze skrajną prawicą mogłoby się skończyć fatalnie dla ich pozycji w Europie. Istnieje realne ryzyko wykluczenia z Europejskiej Partii Ludowej (EPP), największego chadeckiego klubu w Europarlamencie. Alternatywą jest ostrożniejsza strategia: utrzymywanie poparcia dla rządu z zewnątrz. W ten sposób Republikanie mogliby kreować się na siłę, która byłaby w stanie „zmusić skrajną prawicę do porzucenia najbardziej radykalnych decyzji”.
Jednakże, Aurélien Duchêne wskazuje na pewien dwuznaczny precedens, który ułatwia taki mariaż: „Skoro Partia Socjalistyczna weszła w sojusz z radykalną Francją Niepokorną Jean-Luc Mélenchona, to czemu gaulliści nie mieliby zrobić tego samego z Le Pen – rozumuje wielu działaczy Republikanów”. To pytanie o podwójne standardy i polityczną pragmatykę wisi teraz nad francuską centroprawicą.