Czy wolność słowa w Polsce wciąż jest tylko na papierze? Rząd przyznaje się do błędu przed ETPC, płaci tysiące euro odszkodowań skazanym za „pomówienie”, ale kluczowe prawo pozostaje nietknięte. Dwie sprawy z art. 212 kodeksu karnego i jedna o znieważenie policjanta – to one wstrząsnęły Strasburgiem. Dowiedz się, dlaczego obietnice Brukseli… tfu, Strasburga, nie przekładają się na realne zmiany.

Rząd kapituluje przed ETPC – kto dostanie euro?
Wyobraź sobie: aktywista z Żor, kielecki radny PiS i mieszkaniec Warszawy ścigany za obrażenie policjanta. Wszyscy trzej trafili pod lupę Europejskiego Trybunału Praw Człowieka (ETPC) w Strasburgu. Zarzucali Polsce naruszenie art. 10 Europejskiej konwencji praw człowieka, który chroni wolność wyrażania opinii. I co? Polski rząd ugiął się, przyznając rację skarżącym.
Za naruszenie art. 10 europejskiej konwencji praw człowieka, polski rząd zgodził się wypłacić zadośćuczynienia w wysokości od 4,2 do 5,2 tys. euro (ok. 18-22 tys. zł).
Dwóch pierwszych dostało odszkodowania za skazanie z art. 212 kk – ten kontrowersyjny przepis o zniesławieniu i pomówieniu, który przez lata budził burzę. Trzeci przypadek? Znieważenie stróża prawa. ETPC nie musiał nawet orzekać. Dlaczego? Bo rząd wydał jednostronne deklaracje, w których przyznał: tak, wolność słowa została złamana. Skarżący nie odpowiedzieli, więc w grudniu 2025 roku sprawy wykreślono z rejestru trybunału.
To nie pierwsza taka historia. Art. 212 kk od lat jest solą w oku obrońców praw obywatelskich. Prokuratorzy rzucali się na drobne plotki w sieci czy prasie, a sądy klepały wyroki. Strasburg mówi: stop. Ale czy Polska słucha?
Deklaracje bez pokrycia – obietnice kontra rzeczywistość
Rząd nie bawi się w półśrodki. Zaoferował konkretne kwoty: od 4200 do 5200 euro na głowę. Brzmi nieźle, prawda? Ale diabeł tkwi w szczegółach. Te jednostronne deklaracje to prawniczy trik – rząd sam przyznaje winę, ETPC macha ręką i sprawa załatwiona. Bez pełnego wyroku, bez precedensu.
Po skargach do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka rząd przyznał, że naruszono wolność słowa i zaoferował zadośćuczynienia osobom skazanym za zniesławienie z art. 212 kk.
Tyle że… skarżący milczą. Nie podpisali ugody, nie wzięli pieniędzy? Nieważne, trybunał uznał sprawę za zamkniętą. To budzi kontrowersje. Czy to naprawdę zadośćuczynienie, czy tylko PR-owy gest? A najważniejsze: zmiany prawa, które zapobiegnie naruszeniom, nadal nie przeprowadzono. Art. 212 kk dalej wisi jak miecz Damoklesa nad dziennikarzami, blogerami i aktywistami.
Prawnicy gadają o „chilling effect” – mrożącym efekcie, gdzie boisz się napisać prawdę, bo możesz wylądować w areszcie. W Polsce to nie teoria. Radny PiS z Kielc wie coś o tym. Aktywista z Żor też. Pytanie: ilu jeszcze musi iść do Strasburga, zanim Sejm ruszy tyłek?
Czas na rewolucję w prawie – czy doczekamy się?
Polska płaci, ETPC kiwa głową, a obywatele czekają. Brak nowelizacji art. 212 kk to skandal. Unia i Strasburg naciskają: przenieście zniesławienie do kodeksu cywilnego, jak w cywilizowanych krajach. Karać grzywną, nie więzieniem. Ale u nas? Cisza.
Te trzy sprawy to wierzchołek góry lodowej. Tysiące skarg, medialne burze – pamiętacie aferę z „Gazetą Polską” czy blogerami? Rząd deklaruje, płaci, ale nie zmienia systemowo. Czy to lenistwo legislatorów, czy strach przed utratą kontroli nad słowem? Wolność słowa to nie przywilej – to fundament demokracji. Jeśli art. 212 zostaje, każdy tweet może być pułapką.
Strasburg dał lekcję. Pytanie, czy Polska zaliczy ją na szóstkę. Bo na razie mamy euro w kieszeni trzech szczęśliwców, a reszta patrzy i drży.