Polska służba zdrowia tonie w długach, a pacjenci płacą najwyższą cenę – własnym zdrowiem i odroczonymi w czasie nadziejami na leczenie. Ministerstwo Zdrowia rzuca koło ratunkowe w postaci 3,5 miliarda złotych, ale czy to wystarczy, aby zatkać dziurę wielkości 14 miliardów? Sytuacja jest dramatyczna, a polityczna gra pozorów tylko dolewa oliwy do ognia.

Szpitale odwołują operacje, a pacjenci czekają. Kto za to zapłaci?
Wyobraź sobie, że od miesięcy czekasz na kluczową operację. Jesteś przygotowany, masz wyznaczony termin, planujesz życie wokół powrotu do zdrowia. Nagle dzwoni telefon i słyszysz, że zabieg został przesunięty na przyszły rok. Bez konkretnej daty, bez gwarancji. To nie scenariusz filmu, to brutalna rzeczywistość tysięcy Polaków. Jak donoszą media, > „Z całego kraju napływają informacje o przesuwanych na przyszły rok operacjach i pacjentach odsyłanych przez szpitale”.
Najgorzej jest na Śląsku, gdzie system znalazł się na krawędzi zapaści. Szpitale stanęły przed absurdalnym wyborem, gdy pomniejszono im kontrakty za tak zwane „niedowykonania”, jednocześnie odmawiając zapłaty za „nadwykonania”. Co to oznacza w ludzkim języku? Placówki medyczne zostały ukarane finansowo za to, że nie wykonały jakichś procedur, mimo że w tym samym czasie ratowały życie pacjentom, wykonując inne zabiegi ponad limit ustalony przez NFZ. To biurokratyczny koszmar, w którym logika ustępuje miejsca tabelkom w Excelu, a największym przegranym jest zawsze pacjent.
3,5 miliarda na ratunek, czyli gaszenie pożaru szklanką wody
W odpowiedzi na narastający kryzys Ministerstwo Zdrowia ogłosiło plan awaryjny. Na stół ma trafić 3,5 miliarda złotych z Funduszu Medycznego, które zasilą kasę Narodowego Funduszu Zdrowia. Brzmi jak dobra wiadomość? Owszem, ale diabeł, jak zwykle, tkwi w szczegółach. Po pierwsze, aby pieniądze mogły zostać przelane, potrzebna jest nowelizacja ustawy. Projekt tej ustawy… jeszcze nawet nie powstał. Co więcej, gdy już powstanie, będzie musiał go podpisać prezydent. Mamy więc do czynienia z obietnicą pieniędzy, które są uwarunkowane politycznymi decyzjami i legislacyjnym maratonem, podczas gdy szpitale toną tu i teraz.
Jest jeszcze drugi, znacznie poważniejszy problem. Nawet jeśli te 3,5 miliarda złotych cudem pojawi się na koncie NFZ jeszcze w tym roku, będzie to zaledwie kropla w morzu potrzeb. Jak alarmują eksperci, systemowa dziura budżetowa jest znacznie głębsza. Oficjalnie mówi się, że > „W NFZ brakuje 14 mld zł”. Próba załatania czternastomiliardowego deficytu kwotą cztery razy mniejszą przypomina próbę zatamowania krwotoku z tętnicy za pomocą plastra z opatrunkiem. Może na chwilę poprawi samopoczucie, ale nie rozwiąże fundamentalnego problemu.
Skąd wzięła się ta dziura? Polityczna bomba z opóźnionym zapłonem
Jak to możliwe, że system opieki zdrowotnej znalazł się w tak katastrofalnej sytuacji finansowej? Odpowiedź jest tyleż prosta, co bolesna – to efekt politycznych decyzji podejmowanych na przestrzeni ostatnich lat. To prawdziwa bomba z opóźnionym zapłonem, którą podłożono pod fundamenty NFZ. Wreszcie nadszedł moment detonacji.
Źródła problemu należy szukać w decyzjach, które doprowadziły do lawinowego wzrostu kosztów, głównie wynagrodzeń w sektorze zdrowia. Podwyżki dla personelu medycznego były absolutnie konieczne i zasłużone, nikt przy zdrowych zmysłach tego nie kwestionuje. Problem w tym, że nie poszło za nimi systemowe zwiększenie finansowania. > „Przyczyniły się do tego zmiany wprowadzone za rządów PiS i popierane przez ówczesną opozycję, która dziś rządzi”. To gorzka pigułka do przełknięcia dla wszystkich stron politycznego sporu. W efekcie wydatki na pensje zaczęły rosnąć w tempie geometrycznym, podczas gdy przychody ze składki zdrowotnej ledwo nadążały, pełznąc w ślimaczym tempie. System, którego koszty rosną znacznie szybciej niż przychody, musiał w końcu zderzyć się ze ścianą. I właśnie jesteśmy świadkami tego zderzenia.