Gdzie jest Polska, gdy toczy się dyskusja o pokoju na Ukrainie? Kreml deklaruje chęć rozmów, podczas gdy infrastruktura kraju płonie ogniem. Ta geopolityczna układanka nabiera rumieńców, a kluczowe spotkanie w Londynie bez udziału Warszawy budzi niemałe kontrowersje i rodzi pytania o przyszłość dialogu.

Czy Londyn jest nowym centrum dyplomacji? Zełenski spotyka się z europejskimi gigantami
W centrum najnowszych zabiegów dyplomatycznych znalazł się dziś prezydent Ukrainy, Wołodymyr Zełenski. Jak donoszą źródła, osobiście uda się do Londynu, by stanąć w obecności premiera Wielkiej Brytanii Keira Starmera, prezydenta Francji Emmanuela Macrona, oraz kanclerza Niemiec Freidricha Merza. To spotkanie o strategicznym znaczeniu, mające na celu przedyskutowanie absolutnie kluczowych dla Kijowa kwestii: warunków pokoju, bieżącej, piekielnie trudnej sytuacji militarnej, a także „trwających negocjacji w ramach amerykańskiej mediacji”. W tym samym czasie z Moskwy wciąż płyną komunikaty o rzekomym zamiłowaniu do „pokojowych rozwiązań”, co w kontekście kontynuowanych, zmasowanych ataków na infrastrukturę cywilną Ukrainy, brzmi jak najbardziej cyniczna kpina.
Można zadać pytanie, co jest bardziej uderzające: intensywność rosyjskiej agresji, czy strategiczne pominięcia na tym ważnym szczycie. Faktem jest, że przy stole zabraknie przedstawicieli Polski. Choć dla wielu sojuszników zza naszej wschodniej granicy byłaby to naturalna obecność, to Macron skoncentrował agendę na rozmowach z wybranymi europejskimi liderami. To frapująca gra, w której każdy ruch jest analizowany pod kątem przyszłego kształtu Europy.
Amerykański plan pokojowy: Próba modernizacji czy rosyjska pułapka?
W tle tych spotkań majaczy ponura spuścizna wcześniejszych inicjatyw pokojowych. W ostatnich tygodniach wydawało się, że ukraińskim dyplomatom oraz ich europejskim partnerom udało się nieco zdyskredytować i poprawić wizerunek niesławnego 28-punktowego planu pokojowego. Ten plan, firmowany przez amerykańskich przedstawicieli Steve’a Witkoffa i Kiriłła Dmitrijewa, był w zasadzie listą życzeń Kremla.
W praktyce, jak podkreślały liczne analizy, dokument ten realizował interesy Rosji, postulując między innymi przekazanie agresorowi reszty Donbasu. Taka propozycja, choć może brzmieć jako potencjalny grunt pod rozmowy dla naiwnych, została chłodno przyjęta w Moskwie – ironicznie, właśnie dlatego, że była zbyt wygodna! Ten impas w rozmowach, paradoksalnie, skłonił niektórych – w tym oczywiście stronę rosyjską – do sugerowania, że to właśnie Ukraińcy są nieskłonni do kompromisu. Taka narracja jest typowym zabiegiem propagandowym, mającym na celu obarczenie ofiary winą za trwający konflikt i zablokowanie jakiejkolwiek konstruktywnej presji międzynarodowej.
Dlaczego Trump i jego otoczenie miałyby szkodzić Ukrainie?
W tym kontekście powraca cień amerykańskiej polityki, zwłaszcza w kontekście ewentualnego powrotu do Białego Domu sił, które otwarte prorosyjskie sympatie maskowały pod płaszczykiem „biznesowych porozumień”. Plan Witkoffa i Dmitrijewa, budzący skojarzenia z rewanżystowskimi porozumieniami z epoki po zimnej wojnie, idealnie wpisuje się w logikę, gdzie geopolityczne interesy są podporządkowane wąsko rozumianej „realpolitik”, nawet kosztem integralności terytorialnej suwerennych państw.
Kiedy Zełenski rozmawia z Macronem i Starmerem, stawką jest nie tylko to, jak przetrwać obecną zimę i utrzymać wsparcie militarne, ale także to, czy Europa potrafi wypracować niezależny, stanowczy kurs wobec agresora. Brak Polski przy tym stole, choć może być taktycznym ruchem, na pewno nie umniejsza wagi, jaką polskie doświadczenie i strategiczne położenie mają dla bezpieczeństwa całego regionu. To dyplomatyczny szach, a my obserwujemy, kto ustawia figury.