Ostatnie sondaże nieubłaganie wskazują na spadki notowań Prawa i Sprawiedliwości, co budzi zdziwienie, zwłaszcza po okresie zwycięstw wyborczych. Dlaczego partia, która jeszcze niedawno celebrowała sukces w wyborach prezydenckich, teraz wydaje się tracić polityczny impet? Przyjrzyjmy się mechanizmom, które wydają się napędzać tę osobliwą dynamikę polityczną.

Dlaczego po wygranej PiS „głupieje”? Analiza pewnej zależności
W polskiej polityce, a zwłaszcza w środowisku Prawa i Sprawiedliwości, zarysowała się pewna, bynajmniej niepokojąca dla obserwatorów, prawidłowość. Jak zauważono, istnieje wyraźna korelacja pomiędzy wynikami wyborczymi a zachowaniem tej formacji: „gdy przegrywa wybory, to pokornieje, a gdy wygrywa, to głupieje”. W kontekście niedawnych sukcesów na arenie prezydenckiej, partia ta najwyraźniej weszła w fazę tej drugiej, rzec można, „erupcji pychy”. Aktem tej rzekomej głupoty stają się obecnie, choćby, coraz ostrzejsze ataki na ugrupowanie Konfederacji.
To, co wydaje się być strategią, dla wielu wygląda jak desperacki gambit. Jarosław Kaczyński, przyjmując perspektywę sugerującą, że skoro Karol Nawrocki zjednoczył elektorat i uzyskał 51 procent głosów, to PiS jest w stanie osiągnąć analogiczny rezultat, wydaje się szukać najkrótszej drogi do tego celu. A tą drogą, wedle tej logiki, ma być frontalne uderzenie w Konfederację, z akcentowaniem jej wolnorynkowych postulatów jako głównego punktu zapalnego. Niepokojące jest jednak to, że ta taktyka, polegająca na zmasowanych atakach na inne podmioty polityczne, w świetle doświadczeń roku 2023, zdaje się przynosić efekt odwrotny do zamierzonego. W rzeczywistości, „bezpośrednie ataki PiS na inne partie raczej szkodzą atakującym, niż atakowanym”. To klasyczny przypadek autorefleksji, której najwyraźniej brakuje obecnemu kierownictwu partii rządzącej.
Pułapka elektoratu i mit wolnorynkowości
Skąd bierze się ta potrzeba koncentrowania się na Konfederacji, ugrupowaniu ideologicznie odległym, a jednocześnie stanowiącym dla PiS dylemat? Otóż, gdy partia rządząca zyskuje, automatycznie uruchamia maszynę mającą na celu utrzymanie dominacji lub zdobycie bezwzględnej większości. W tym procesie, Konfederacja staje się idealnym kozłem ofiarnym. Przecież łatwiej jest wytknąć rywalowi niedociągnięcia w kwestiach gospodarczych – czy to krytykując programy socjalne, czy też rzekomą bierność wobec europejskich regulacji – niż mierzyć się z własnymi, często niepopularnymi, decyzjami.
W kontekście sondażowym, kiedy spadek poparcia jest widoczny, politycy instynktownie szukają zewnętrznego wroga, by skonsolidować bazę. Atak na Konfederację ma za zadanie nie tylko zniechęcić jej wyborców, ale także przesunąć dyskurs polityczny z krytyki bieżącego zarządzania na spór ideologiczny o rynkową przyszłość kraju. Jednakże, jak pokazuje praktyka, elektorat, który w przeszłości popierał PiS, kierował się często potrzebą stabilności i świadczeniami socjalnymi, a nie dogmatycznym libertarianizmem, który postuluje Konfederacja. Eksponowanie różnic ideologicznych, zamiast przyciągać niezdecydowanych, może po prostu segmentować scenę i utrwalać polaryzację, ale niekoniecznie odwracać negatywny trend.
Dlaczego lekcja z roku 2023 nie została odrobiona?
Rok 2023 przyniósł PiS bolesną lekcję, która, jak się wydaje, została zakwalifikowana jako „przejściowy błąd logistyczny”, a nie fundamentalna zmiana nastrojów społecznych. Przegrana pokazała, że pewien model komunikacji i pewne obietnice mają swój limit nasycenia. Wówczas, zamiast adaptować się do zmiany oczekiwań, partia mogła się chwilowo ugiąć, demonstrując tę obiecaną „pokorę”.
Teraz, po odzyskaniu ważnych trybów władzy, powróciło przekonanie o niezawodności dotychczasowych metod. Skoro wygrano prezydenckie starcie, to znaczy, że system działa. Ten rodzaj narracji zbiorowej wewnątrz partii, podsycany przez sukcesy na mniejszych frontach, prowadzi do przeceniania własnych możliwości. Uderzanie w Konfederację to próba pokazania siły, ale w obliczu utraty poparcia w centrum sceny politycznej, takie manewry są ryzykowne. Bojąc się utraty konserwatywnego elektoratu na rzecz bardziej radykalnych (choć w innych kwestiach) konkurentów, PiS wchodzi w niebezpieczny taniec, który zamiast konsolidować, rozbija ewentualny potencjał koalicyjny i odstrasza umiarkowanych. To klasyczne polityczne samozniszczenie maskowane jako ofensywa strategiczna.