W świecie polskiej ochrony zdrowia znów wrze. Kontrowersyjna ustawa o minimalnym wynagrodzeniu, która miała być ratunkiem dla sektora, dziś staje się źródłem sporu o finanse i przyszłość kadry medycznej. Czy podwyżki, które miały zatrzymać eksodus specjalistów, faktycznie podniosły jakość opieki, czy tylko na chwilę załatały dziurę w budżecie? Związkowcy i przedstawiciele NFZ mają na ten temat diametralnie różne wizje.

Czy wzrost pensji to dobrodziejstwo, czy iluzja stabilności? Spór o efekt ustawy
Ustawa minimalnego wynagrodzenia dla pracowników ochrony zdrowia była swego czasu przedstawiana jako tarcza ochronna, która miała kluczowe znaczenie dla polskiego systemu opieki zdrowotnej. Jak tłumaczył niegdyś prezes Narodowego Funduszu Zdrowia, było to formalnoprawne rozwiązanie mające zachęcić adeptów kierunków medycznych do kształcenia się, a także, co ważniejsze, powstrzymać falę emigracji wykwalifikowanego personelu za granicę. Jednak ta wizja, choć szczytna, budzi dziś sporo wątpliwości. Prezes NFZ otwarcie przyznał, że obecny stan wymaga refleksji: „Dziś jesteśmy w takim momencie, że należy zastanowić się, czy tempo wzrostu wynagrodzeń jest adekwatne do tempa wzrostu dostępności do świadczeń. Myślę, że wszyscy wiemy, że te relacje chyba zostały jednak zachwiane.” Innymi słowy, pieniądze wpompowane w pensje niekoniecznie przełożyły się na sprawniejsze leczenie pacjentów.
Strona społeczna, reprezentowana przez związkowców, patrzy na te same dane, ale widzi inne rezultaty. Krystyna Ptok, przewodnicząca Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Pielęgniarek i Położnych, stanowczo podkreśla, że ustawa podwyżkowa odegrała kluczową rolę w zahamowaniu odpływu kadr i rozpoczęciu trudnej odbudowy zasobów ludzkich. „Ludzie byli 20 lat wynagradzani w sposób niegodny” – grzmi Ptok, przypominając dramatyczne realia sprzed lat. Wierzchołkiem tej niegodziwości był fakt, że w 2017 roku pielęgniarki i część personelu medycznego otrzymywała świadczenia wyrównawcze, ponieważ ich pensja nie sięgała gwarantowanej płacy minimalnej. Związkowcy twierdzą, że ten trend udało się odwrócić, notując przyrosty zadowolenia i wzrost liczby chociażby fizjoterapeutów, a także niewielki wzrost w grupie pielęgniarek położnych i diagnostów laboratoryjnych. W tym kontekście, proponowane przez Ministerstwo Finansów cięcia wydają się aktem sabotażu: „Odbudowujemy kadrę i jedynym pomysłem Ministerstwa Finansów na zmiany systemowe w ochronie zdrowia jest zabranie pieniędzy ludziom, którzy ten system utrzymują i dzięki nim ten system w ogóle jeszcze działa” – dodaje Ptok.
Gdzie szukać oszczędności? Czy to my, pracownicy, musimy płacić za system?
Skoro system jest niewydolny finansowo, a pensje to podstawa funkcjonowania kadry, strona społeczna sugeruje, by Ministerstwo Zdrowia i Finansów spojrzało na problem z szerszej perspektywy, zamiast celować jedynie w wynagrodzenia. Krystyna Ptok proponuje radykalną redefinicję zwolnień ze składek zdrowotnych. Argumentacja jest prosta: sytuacja finansowania ochrony zdrowia jest zła, więc czas na globalne spojrzenie. Kiedyś, przy niższej średniej wieku społeczeństwa, być może obecny model zwolnień miał sens, ale „w dobie kryzysu finansowego należy przejrzeć te składki zdrowotne i osoby zwolone”.
Związkowcy wskazują palcem na grupy, które, ich zdaniem, mogłyby wnieść większy wkład w system: „Uważamy, że na przykład możemy zwalniać kombatantów (z płacenia składki zdrowotnej – dopisek red.), ale jest wiele grup – sędziowie, prokuratorzy, którzy też zwolnieni są z tej składki, a wydaje nam się, że wynagradzani są też w sposób godny i mogliby opłacać tę składkę.” Dodać do tego należy inne „dziurawe” rozwiązania: „Nawet zwolnienia z umów zlecenia, różne takie rozwiązania, które dał kiedyś rząd, niosą negatywny skutek dla finansów ochrony zdrowia” – konkluduje Ptok, sugerując, że uszczelnienie systemu i renegocjacja przywilejów to droga do ratowania budżetu, a nie cięcia w pensjach tych, którzy stoją na pierwszej linii.
Impas w rozmowach: Czy Ministerstwo Zdrowia chce rozmawiać, czy tylko czekać?
W obliczu rosnących napięć i sprzecznych wizji finansowania, dialog pomiędzy stroną społeczną a resortem zdrowia utknął w martwym punkcie. Mimo wyjścia z obrad, Maria Jolanta Ochman zapewnia, że związki zawodowe nie zrywają całkowicie dialogu, ale oczekują merytorycznego przygotowania ze strony rządu. Złożono wniosek o przerwę, dającą Ministerstwu Zdrowia czas na „zgromadzenie potrzebnych informacji”. Dlaczego ten czas jest tak istotny? Bo bez konkretów rozmowa staje się teatrem absurdalnym. „Dzisiaj na pytanie, również strony pracodawców, kiedy będą pieniądze, kiedy NFZ zapłaci za nadwykonania, informacja jest taka: ‚wtedy, kiedy będą pieniądze’. Myślę, że to nie jest poważne podejście ani do pacjentów, ani do pracowników” – krytykuje przedstawicielka strony społecznej. Niestety, ta próba wymuszenia profesjonalizmu i konkretów została szybko zdementowana przez sam resort: wniosek strony społecznej o przerwę w rozmowach został odrzucony, co sugeruje, że resort woli forsować swoje rozwiązania bez pełnego konsensusu.