Czy posłowie Sejmu RP mają prawo do luksusów, czy może ich fotele to relikt minionej epoki wymagający natychmiastowej interwencji? Choć na Wiejskiej toczą się spory o znacznie poważniejsze kwestie, komfort parlamentarzystów w miejscu pracy – zwłaszcza podczas wielogodzinnych debat – potrafi wywołać zaskakująco gorące dyskusje. Najnowsze doniesienia wskazują, że proces wyboru nowego siedziska był niegdyś tak skomplikowany, że obejmował nawet specjalnie dobraną grupę ankieterów. Czy jednak ich opinie mają dziś realne znaczenie, skoro niektórzy wciąż narzekają?

Ergonomia na Wiejskiej: Po co ta cała ankieta, skoro i tak jest źle?
Proces modernizacji wyposażenia Sejmu bywa, jak widać, przedsięwzięciem równie szczegółowym, co selektywnym. Pamiętacie, jak w czasach projektowania foteli dla posłów zorganizowano całą ankietę? Wyselekcjonowana grupa parlamentarzystów, uwzględniająca zróżnicowanie pod względem wzrostu i masy ciała, miała ocenić ich funkcjonalność. To brzmi jak starannie zaplanowany test użyteczności dla produktów klasy premium, a nie dla mebli, na których spędza się setki godzin uchwalając ustawy. Mimo tak skrupulatnego podejścia, dzisiaj wciąż nie wszyscy są zachwyceni. Czyżby ankietowani nie byli reprezentatywni, czy może problem leży głębiej niż materiał obiciowy?
Posłowie o fotelach: Od obluzowanej tapicerki po boczny korytarzyk
Sytuacja z obecnymi fotelami jest, delikatnie mówiąc, niejednoznaczna. Z jednej strony mamy głosy potwierdzające, że meble mają swoje lata świetności dawno za sobą. Kazimierz Smolski z Prawa i Sprawiedliwości, wiceprzewodniczący Komisji Regulaminowej, Spraw Poselskich i Immunitetowych, przyznaje wprost:
Zdarzyło mi się, że podczas wstawania z fotela obluzowywały się elementy tapicerki
Dodaje on również, że rozmieszczenie foteli – te zgrupowane po cztery – sprzyja ciasnocie i obniża komfort. Mimo tych niedogodności, poseł Smolski studzi nastroje, oceniając, że wymiana mebli nie jest priorytetową inwestycją chwili. To klasyczny dylemat budżetowy: naprawić siedzisko, czy może zająć się czymś, co ma większy kaliber niż obluzowany guzik od tapicerki?
Z perspektywy innych parlamentarzystów, problemem nie jest sam komfort siedzenia. Tomasz Głogowski z Koalicji Obywatelskiej wskazuje bardziej na logistykę sali plenarnej: – Głównym problemem foteli jest to, że aby kogoś wpuścić lub wypuścić, trzeba w zasadzie wyjść na boczny korytarzyk – mówi. Paradoksalnie, na sam komfort siedzenia, jak twierdzi Głogowski, nie słyszał nigdy istotnych narzekań. To sugeruje, że biurokracja i układ komunikacyjny sali mogą być większym wrogiem efektywności niż niewygodna pianka.
Wiercenie się i trony: Gdzie jest ten prawdziwy komfort?
Długie głosowania potrafią dać w kość każdemu, niezależnie od rangi. Jarosław Urbaniak, kolega klubowy Głogowskiego i szef tej samej komisji, przyznaje, że niedostateczna ergonomia daje się we znaki. Wiercenie się na krześle podczas debat jest tak widoczne, że nawet jego żona komentuje to podczas transmisji telewizyjnej!
Co ciekawe, najwyższy komfort oferują ponoć miejsca najmniej pożądane – te w najwyższych rzędach, ironicznie nazywane przez posłów pieszczotliwie „tronami”. Jeśli najwygodniejsze siedzenia znajdują się tam, gdzie najtrudniej się dostać i gdzie zasiadają politycy o mniejszym znaczeniu dla bieżących sporów, to może jest w tym jakaś metafora polskiej polityki? Poseł Urbaniak kończy jednak, wracając na twardy grunt realiów: przy decyzji o wymianie ław, decydujące powinno być zużycie techniczne, a nie subiektywne odczucia posłów co do wygody. Ostatecznie, Sejm to miejsce pracy, a nie spa.