Przed Państwem postać, która zjednała sobie rzesze fanów czarnym humorem, balansując na krawędzi absurdu i głębokiej refleksji. Stanisław Tym, artysta-ikona, którego życie naznaczone było zarówno traumą wojny, jak i błyskotliwym sukcesem artystycznym. Czy wiecie, że jego wyjątkowe poczucie humoru wyrosło wprost z ekstremalnego pesymizmu? Zanurzmy się w opowieść o człowieku, który potrafił śmiać się z najgorszego.

Po co ten pesymizm? Trauma, jęczmień i brak sklepu zoologicznego
Charakter Stanisława Tyma, jak sam przyznawał, ukształtował skrajny pesymizm, który paradoksalnie stał się fundamentem jego zdolności do żartowania z życia. Trudno się dziwić – jego wczesne lata to materiał na mroczny dramat. Wojna bezlitośnie zmiotła z powierzchni ziemi jego rodzinny dom przy ulicy Kruczej, a on sam przeżył zaledwie pierwsze dwa lata życia w relatywnym spokoju. Powstanie Warszawskie spędził ukryty w piwnicy, racjonując się jęczmieniem pochodzącym z browaru na Woli, który, jak ironicznie wspominał, podawano w najróżniejszych formach. Największym żalem z tamtego okresu pozostawał dla niego zniszczony sklep zoologiczny na placu Trzech Krzyży – mała, lecz znacząca strata w obliczu wielkiej katastrofy. Warto dodać, że miał on szczęście do bliskich, gdyż dziadek uchronił go przed ciężarem opowieści o własnym pobycie w Auschwitz, co z pewnością wpłynęło na psychikę młodego Stasia.
Wrażliwość wobec zwierząt, czyli weto dla much na lepach
Choć dziecięcy uraz wywołany przez przewracającego go owczarka podhalańskiego sprawił, że nabrał nieufności do psów, ugruntowaną cechą Tyma była głęboka miłość do wszelkich stworzeń, która doprowadziła go do wegetarianizmu. Jego gospodarstwo w Zakątach stało się azylem, swoistym schroniskiem – kazał karmić myszy, nie godził się na instalowanie lepów na muchy. Kiedyś, zapytany o łowienie ryb, odpowiadał z przekąsem godnym mistrza absurdu: „To moje sąsiadki z jeziora, dlaczego miałbym wyciągać je z wody?”. Ta etyczna wrażliwość stanowiła ciekawy kontrast dla jego sarkastycznego, często gorzkiego humoru scenicznego.
Droga przez akademię i nieoczekiwany zwrot akcji
Stanisław Tym miał niebywałe szczęście, dostając się na Wydział Aktorski w Warszawie – wśród sześciuset pięćdziesięciu kandydatów miejsce znalazło zaledwie dwudziestu dwóch studentów pierwszego roku. Niestety, ta optymistyczna karta szybko się odwróciła, a nieszczęście w postaci nerwicy, z którą walczył dekadę, doprowadziło do wyrzucenia go z uczelni przez Jana Świderskiego. Jednakże, nawet w tym momencie kryzysu, miał wokół siebie autorytety. Kazimierz Rudzki i Aleksander Bardini udzielili mu cichego wsparcia, co pozwoliło mu znaleźć alternatywną ścieżkę. Nie mogąc grać, zaczął pisać. Szybko odnalazł się w świecie telewizyjnego „Wielokropka”, gdzie liczyła się precyzja i terminowość, a później tworzył dla kabaretów, w tym dla Dudka, dając Janowi Kobuszewskiemu słynne „Ucz się, Jasiu”. Nie zapominajmy też o jego dramatopisarstwie, pisząc sztuki takie jak „Kochany Panie Ionesco!” czy „Rozmowy przy wycinaniu lasu”. Katarzyna Stoparczyk ujęła to trafnie, opisując go jako kogoś, kto pomimo upływu lat miał w sobie dziecięcą twarz, a jego widok wywoływał uśmiech:
Piękny mężczyzna bez wieku, który miał coś dziecięcego w twarzy. To było przedziwne, ale wszyscy się na jego widok uśmiechali.
Geniusz scenariusza i lekcje od mistrzów PRL-u
Jan Kobuszewski nie szczędził pochwał, lokując Tyma w panteonie: „Staś Tym jest w dziesiątce najważniejszych komediopisarzy od początku istnienia teatru – obok Fredry, Blizińskiego, Bałuckiego, Słonimskiego, Mrożka – i chwała mu za to”. Następnym przystankiem były scenariusze, co nieuchronnie doprowadziło do kolaboracji ze Stanisławem Bareją i powstania kultowego „Misia”, gdzie z chirurgiczną precyzją obnażono paranoje epoki PRL-u. Choć dla wielu pozostanie on niezapomnianym kaowcem z „Rejsu” Piwowskiego, gdzie trafił po nagłej śmierci Bogumiła Kobieli, jego debiut miał miejsce już w 1954 roku w „Cafe pod Minogą”. Wtedy to trafił na okładkę „Filmu” u boku największych gwiazd, z podpisem obwieszczającym: „Takiego zgromadzenia najlepszych aktorów komediowych jeszcze nie było”. Sam Tym zawsze podkreślał, że swoje prawdziwe wykształcenie teatralne zdobył na dwóch uniwersytetach: słynnym STS-ie, oraz u Jerzego Dobrowolskiego, z którym dzielił scenę kabaretową i plan filmowy, dodając z przymrużeniem oka, że dyplom „eksternistyczny” zrobił u Barei.