Czy to już dno polskiej edukacji czy może szokująca innowacja? Osobistość, która jeszcze niedawno budziła kontrowersje swoimi występami, staje się teraz twarzą rządowej kampanii skierowanej do dzieci i młodzieży. Sprawa jest zaskakująca i wywołuje natychmiast lawinę pytań o standardy i priorytety w walce z cyberprzemocą.

Patocelebryta w służbie MEN: Czym uderzyć w hejt?
Zarządzenie Ministerstwa Edukacji Narodowej (MEN) dotyczące walki z przemocą w sieci nabrało właśnie osobliwego kształtu. Fundacja Chaber Polski, działając na zlecenie resortu, zainaugurowała projekt zatytułowany „Sieci na dzieci: stop cyberprzemocy” 29 października w siedzibie Polskiej Agencji Prasowej. Cel, rzecz jasna, szczytny – edukacja najmłodszych i budowanie empatycznego, bezpiecznego środowiska cyfrowego. Problem pojawia się, gdy przyjrzymy się osobie wybranej do promowania tejże inicjatywy. Mowa o Stiflerze, postaci, która zasłynęła, delikatnie rzecz ujmując, epatowaniem kontrowersyjnymi zachowaniami, w tym publicznym obnażaniem się i tatuowaniem wizerunku genitaliów na ciele. Czy to jest ta nowa, odważna strategia PR-owa mająca trafić do wrażliwej grupy docelowej?
Kiedy kontrowersja ma edukować: Paradoks kampanii
Wybór twarzy kampanii, która ma uczyć dzieci o szacunku i bezpieczeństwie online, budzi zrozumiały dysonans poznawczy. Z jednej strony mamy potrzebę dotarcia do młodzieży językiem, który jest dla niej zrozumiały i który jednocześnie przełamie barierę obojętności na alarmujące statystyki. Z drugiej strony, musimy się zastanowić, czy osoba kojarzona z brakiem zahamowań i cielesnym ekshibicjonizmem jest autorytetem, który może uczyć etyki w sieci. To jest klasyczny dylemat: czy cel uświęca środki, a kontrowersyjny wizerunek jest kluczem do zaangażowania młodego odbiorcy?
Projekt opiera się na twardych danych. Kontekstem działań są najnowsze badania Państwowego Instytutu Badawczego NASK. Raport „Młodzież”, opublikowany we wrześniu, maluje ponury obraz cyberświata nastolatków. To nie są już marginalne przypadki, to systemowa patologia. Jak czytamy w raporcie dotyczącym przemocy rówieśniczej w przestrzeni cyfrowej: [„56 proc. badanych doświadczyło przemocy w internecie, a co trzeci nastolatek doświadcza go notorycznie, z czego ponad połowa nikomu nic o tym nie powiedziała.”] Te dane jasno wskazują, że dotychczasowe metody edukacji cyfrowej nie działają wystarczająco skutecznie. Może się okazać, że tylko ktoś spoza establishmentu, ktoś, kto sam poruszał się na marginesie norm społecznych, jest w stanie przebić się przez mur obojętności.
Hejt kontra internetowy outsider: Jaki jest przekaz?
Inicjatywa ma fundamentalny cel – przeciwdziałanie hejtowi i nękaniu w cyfrowej przestrzeni. W środowisku, gdzie anonimowość pozwala na bezkarne ataki, a bariery psychologiczne są niższe niż w kontakcie twarzą w twarz, potrzebujemy mocnego impulsu. Czy Stifler, z jego rozpoznawalnością i negatywnym bagażem medialnym, może być katalizatorem zmiany postaw?
Ministerstwo, decydując się na tak nietypowego ambasadora, prawdopodobnie stawia na tzw. efekt szoku. Chodzi o to, by głośno mówić o problemie, wykorzystując rozpoznawalność medialną, nawet jeśli ta rozpoznawalność jest negatywna. W świecie, gdzie uwaga jest walutą, a krótkotrwały skandal gwarantuje organiczny zasięg, strategiczne wykorzystanie osoby budzącej skrajne emocje staje się narzędziem marketingowym w rękach edukatorów. Eksperci od komunikacji mogliby to nazwać shockvertisingiem zaaplikowanym do polityki społecznej. Jest to próba przełożenia młodzieżowego slangu i percepcji na grunt edukacji formalnej. Pytanie pozostaje: czy ta osobista historia, choćby zdeprawowana, może okazać się bardziej wiarygodna dla młodego człowieka niż nudne wykłady o netykiecie prowadzone przez pedagogów? Walka z cyberprzemocą wymaga chirurgicznej precyzji w doborze narzędzi, a ten wybór bez wątpienia jest ostrym, kontrowersyjnym skalpelem.