Covid-19 przetoczył się przez świat, zbierając żniwo od siedmiu do trzydziestu milionów żyć, co stawia tę pandemię w historycznym kontekście obok AIDS–HIV czy hiszpańskiej grypy. Choć liczby te mogą wydawać się mniejsze, osobista strata w gronie bliskich jest bezcenna i niezastąpiona. Paradoksalnie, trauma tej globalnej katastrofy zdaje się już blaknąć, a my, zamiast zbroić się w wiedzę, robimy podejrzanie za mało, by stawić czoła kolejnemu nieuchronnemu atakowi wirusów.

Czy zapomnieliśmy lekcję Wenecji? Pamięć kontra lęk przed jutrem
Konferencja w Fundacji Giorgio Cini w Wenecji, miejscu naznaczonym przez zarazy, dostarczyła mrocznych prognoz. Najwięksi światowi specjaliści od epidemiologii nie owijali w bawełnę: prawdopodobieństwo kolejnej globalnej pandemii w najbliższych latach wynosi nie mniej niż 50 procent. Aż trzydzieści rozpoznanych wirusów czeka w kolejce, gotowych do gwałtownego rozprzestrzenienia się po globie. Sam doktor Anthony Fauci, który stał na pierwszej linii frontu walki z COVID-19, miał osobiste starcie z naturą, gdy ukąsił go komar przenoszący wirusa Zachodniego Nilu. To pokazuje, że zagrożenie czai się tuż za rogiem, nawet w zaciszu waszyngtońskiego ogrodu.
Wenecja, z jej tragiczną historią, jest idealnym forum do takiej dyskusji. Pamiętajmy, że Czarna Śmierć w XIV wieku zdziesiątkowała połowę mieszkańców tego miasta, co doprowadziło do wprowadzenia pierwszych systematycznych środków kontroli – słynnej „quarantena” (kwarantanny). W XVII wieku, gdy niemal jedna trzecia Wenecjan padła ofiarą kolejnej pandemii, miasto poszło o krok dalej, wymuszając używanie maseczek ochronnych. Po tych tragediach wznoszono imponujące budowle, jak bazylika Santa Maria della Salute, by upamiętnić ofiary. Podobne pomniki stoją w Wiedniu i Pradze. A my, Polacy? Jak godnie upamiętniamy ostatnią falę, która pozbawiła życia od 120 do 170 tysięcy naszych rodaków? Poczucie zbiorowej odpowiedzialności wydaje się być równie ulotne, co mgła nad Canal Grande.
Wiedza jest, ale gdzie polityczni architekci bezpieczeństwa?
Epidemiolodzy są zgodni: narzędzia i wiedza pozwalająca zapobiec kolejnej katastrofie istnieją. Problem leży na zupełnie innej płaszczyźnie – brakuje twardej, politycznej woli, by te naukowe zalecenia skutecznie wdrażać. Te kluczowe działania muszą zaczynać się daleko poza laboratoriami, w odległych zakątkach świata, gdzie monitorowanie życia i śmierci dzikich zwierząt staje się sprawą bezpieczeństwa narodowego, ponieważ to właśnie one są często rezerwuarem groźnych patogenów przenoszących się na ludzi.
Zmiany klimatyczne, niestety, tylko potęgują to zagrożenie, destabilizując naturalne ekosystemy i zmuszając wirusy do migracji. Innym problemem jest ekonomia zdrowia: brak bezpośrednich, krótkoterminowych interesów komercyjnych zniechęca do masowej produkcji szczepionek czy leków, co jest strategicznym błędem w zarządzaniu ryzykiem. Jednakże, jak podkreślają współcześni specjaliści, największym hamulcem w walce z nowym zagrożeniem jest coś bardziej podstępnego: dezinformacja i ideologiczne uprzedzenia. Kiedy społeczeństwa, a niejednokrotnie i same struktury decyzyjne, kwestionują podstawowe prawdy naukowe, szanse na skuteczną walkę z nadchodzącą pandemią drastycznie maleją. To nie wirusy, lecz brak zaufania do faktów może okazać się naszym ostatecznym sędzią.