Rząd szykuje rewolucję na rynku mieszkań, która ma uderzyć w drożyznę i pomóc najuboższym. Czy jednak, by zbudować nowe, przystępne cenowo lokum, najpierw trzeba rozliczyć się z patologiami PRL-u tkwiącymi w spółdzielniach mieszkaniowych? Zapowiada się ciekawa przepychanka między nowoczesnym budownictwem a wizją, która wielu kojarzy się już tylko z serialem „Alternatywy 4”.

Trzy filary nowej polityki mieszkaniowej: Od najmu po pełną własność
Wydaje się, że rządzący postanowili uderzyć w rynek z trzech różnych stron, oferując rozwiązania zarówno dla tych, którzy ledwie wiążą koniec z końcem, jak i dla tych, którzy pragną stabilności, ale niekoniecznie chcą od razu brać kredyt hipoteczny na 30 lat. Kluczową rolę w tym planie odgrywają spółdzielnie mieszkaniowe, które mają otrzymać nowe instrumenty finansowe znane dotąd głównie z Towarzystw Budownictwa Społecznego (TBS-ów).
Pierwszy segment to mieszkania na tani wynajem bez perspektywy dojścia do własności. Jest to oferta skierowana do najmniej zarabiających. Ci lokatorzy mogą liczyć na solidne wsparcie: bezzwrotny grant pokrywający 20% kosztów inwestycji, a do tego długoterminowy (na 50 lat) kredyt z Banku Gospodarstwa Krajowego (BGK) oprocentowany symbolicznie, bo na 1% w skali roku. Dodatkowym atutem jest udostępnianie ziemi z zasobu Skarbu Państwa w formie użytkowania wieczystego. Kluczową cechą tej formy najmu ma być cykliczna weryfikacja i dostosowywanie czynszu do bieżącej sytuacji materialnej najemcy – brzmi to jak ratunek dla tych, którzy żyją na krawędzi.
Drugi filar to mieszkania lokatorskie, stanowiące pomost między czystym najmem a własnością, przeznaczone dla osób o nieco lepszej sytuacji finansowej, co znajduje odzwierciedlenie w wyższym czynszu. W tym przypadku wsparcie państwa jest solidne, choć już mniejsze: grant wynosi 15%, a kredyt z BGK jest oprocentowany na 2% rocznie. Co ciekawe, wkład samych lokatorów również ma wynosić 15%. To propozycja dla tych, którzy chcą płacić czynsz, ale z myślą o jakimś przyszłym statusie, choć bez definitywnego zobowiązania kupna.
Na koniec, mamy opcję mieszkań własnościowych. Tutaj mechanizm jest inny: grunt pochodzący od państwa nabywa się na raty rozłożone na ćwierć wieku. Dodatkowo, mieszkańcy otrzymają preferencyjny kredyt z BGK, którego oprocentowanie jest bazowane na wskaźniku WIBOR 3M, przy czym marża tej części zobowiązania ma być pokrywana przez Skarb Państwa.
Najpierw uporządkowanie spółdzielni, potem budowa tanich mieszkań
Choć propozycje finansowe wyglądają kusząco, to oczywiste, że fundamentem całego przedsięwzięcia musi być zaufanie do podmiotów realizujących budowy. I tu pojawia się największa przeszkoda. Jak zauważono w analizie planu, „Spółdzielnie nie cieszą się zaufaniem społecznym i powszechną dobrą opinią”. Minister Lewandowski zdaje sobie sprawę z tej bolączki, zapowiadając, że pierwszym i absolutnie kluczowym krokiem będzie uchwalenie ustawy mającej na celu wyplenienie patologii trawiących spółdzielnie. Obraz prezesa, który nie podlega odwołaniu i rozdziela mieszkania „po uważaniu”, ma przenieść się do lamusa historii i zostać jedynie anegdotą rodem z komedii. Czy to się uda? Czas pokaże, czy socjalistyczny relikt da się łatwo zreformować.
Jednak raport wskazuje, że dla części społeczeństwa pomysł aktywizacji spółdzielczości może być wcale nie tak odległy. Dla młodszych pokoleń idea ekonomii społecznej, choć przez starszych bywa odbierana jako anachronizm, jawi się jako opcja bardziej atrakcyjna niż dotychczasowe modele. „Spółdzielnie są przez wielu wciąż postrzegane jako instytucje przestarzałe, ale dla młodszych pokoleń idea ekonomii społecznej jest bardziej atrakcyjna” – konstatują autorzy analizy. Wygląda na to, że jeśli obiecywane reformy prawne się powiodą, spółdzielnie mogą przeżyć renesans i stać się istotnym elementem walki o dostęp do dachu nad głową.