Nagle, po publikacji nowej Narodowej Strategii Bezpieczeństwa przez Biały Dom, Europa została publicznie obarczona winą za upór Kijowa w odrzucaniu dyktatu Kremla, co wywołało natychmiastową burzę na arenie międzynarodowej. Czy Ameryka faktycznie uznała Stary Kontynent za swojego nowego oponenta? Tymczasem na wschodzie Europy, w cieniu tych politycznych wstrząsów, wykrystalizował się nowy, zaskakujący układ sił.

Jak podróż do Kijowa z maja zrodziła europejski triumwirat?
Wydarzenia z maja tego roku, choć pozornie chaotyczne, zaczęły układać się w spójną narrację, kiedy to w drodze do Kijowa krystalizował się nowy układ sił europejskich. Takie formatowanie dialogu wydawało się łatwiejsze do osiągnięcia, prawdopodobnie z racji już istniejących – choć nadszarpniętych – powiązań. Już 7 maja, zaledwie dzień po zaprzysiężeniu nowego rządu w Berlinie, Friedrich Merz odbył serię strategicznych wizyt: najpierw w Paryżu, a potem w Warszawie. Sielanka, jak się okazało, nie trwała długo. Spotkanie z Donaldem Tuskiem obróciło się w polityczny chłód, zdominowane doniesieniami o wprowadzeniu przez kanclerza kontroli na granicy polsko-niemieckiej. Jak donosi źródło, „powstrzymanie rosnących wpływów AfD okazało się dla niego ważniejsze niż poprawa relacji ze wschodnim sąsiadem”. Czyżby walka wewnętrzna w Niemczech miała tak szybko zdefiniować nowy kierunek w relacjach z Polską?
Nadzieje na reanimację Trójkąta Weimarskiego zostały jednak ostatecznie pogrzebane trzy tygodnie później, i to w sposób spektakularny. Niespodziewane zwycięstwo Karola Nawrockiego w wyborach prezydenckich wywróciło stół. Na scenie politycznej – przynajmniej w zakresie głowy państwa – ponownie zaczęła dominować nacjonalistyczna agenda. Nawrocki, polityk, który być może nie pokonałby Rafała Trzaskowskiego bez bezpośredniego wsparcia Donalda Trumpa, zaczął kreować się na europejskiego reprezentanta amerykańskiego prezydenta. W połowie września jego wizyta w stolicy Niemiec miała jeden, konkretny postulat: forsowanie polskiej wersji żądań reparacyjnych za drugą wojnę światową, tych samych, których Jarosław Kaczyński nie zdołał przeforsować od dłuższego czasu.
Polski dylemat: Trump kontra aspiracje europejskie
Sytuacja dyplomatyczna Polski stała się kuriozalna. Skoro Trump naciskał, aby w konsultacjach dotyczących Ukrainy to Nawrocki, a nie Tusk, reprezentował Polskę, udział naszego kraju w dotychczasowych konsultacjach brytyjsko-niemiecko-francuskich zaczął być wręcz kontrproduktywny dla tych trzech państw. Obserwatorzy zauważyli dwoisty problem. Z jednej strony, Berlin, Paryż i Londyn nie chciały tolerować w swoich szeregach „konia trojańskiego Trumpa”, za jakiego można było uznać Nawrockiego. Z drugiej, jakkolwiek to brzmi gorzko, nie potrzebowali również polskiego premiera, którego stanowiska nie akceptował amerykański prezydent. To klasyczny przykład, kiedy polska konstytucja, „de facto kreująca dwa odrębne ośrodki władzy”, płata nam figla na arenie międzynarodowej.
Zastanawiające jest to, jak szybko ukształtował się alternatywny ośrodek decyzyjny, pomijający Warszawę w kluczowym momencie. Już 9 maja Donald Tusk podpisał z Emmanuelem Macronem nowy traktat polsko-francuski w Nancy. Zaledwie dzień później obaj przywódcy dołączyli do Merza i Keira Starmera, by wspólnie udać się nocnym pociągiem do Kijowa. Co wówczas mogło wydawać się drobnym błędem logistycznym ukraińskich organizatorów, dziś nabiera symbolicznego znaczenia. Na słynnych zdjęciach z tego przejazdu widzimy przywódców Francji, Niemiec i Wielkiej Brytanii siedzących razem w salonce, ubranych w bluzy o zbieżnych błękitnych odcieniach – najwyraźniej doskonale czują się w swoim towarzystwie. Kluczowe jest to, że brakuje tam Tuska, który, jak relacjonowano, został umieszczony w odrębnym wagonie. To wizualny symbol odsunięcia Polski od serca europejskiej inicjatywy.
Konsultacje w cieniu amerykańskiego planu: Nowy front komunikacyjny
Ten nowy format współpracy brytyjsko-niemiecko-francuskiej nie jest przypadkowy ani efemeryczny. Doradcy Merza, Macrona i Starmera rozmawiają ze sobą „parę razy w tygodniu”. Jest to operacyjne centrum zarządzania kryzysem, które zaczęło aktywnie działać w momentach przełomowych. Najbardziej jaskrawym tego przykładem było listopadowe przedstawienie przez Biały Dom 28-punktowego planu pokojowego dla Ukrainy, który w percepcji europejskich stolic zasadniczo „oddaje Ukrainę na pastwę rosyjskiego imperializmu”. W odpowiedzi na ten ruch, triumwirat natychmiast się zmobilizował. Kanclerz, prezydent i premier spotkali się, aby opracować własny „plan ratunkowy dla Kijowa”. Co więcej, wysłali swoich doradców ds. bezpieczeństwa do Genewy z zadaniem metodycznego rozbierania i kasowania „najbardziej niebezpiecznych części planu Trumpa” – punkt po punkcie. Ten szybki kontratak dyplomatyczny pokazuje, jak głęboko zakorzeniła się oś decyzyjna, która ewidentnie postrzega strategię Waszyngtonu jako ślepą uliczkę, a Europę jako jedyną siłę zdolną do realnego reagowania na sytuację, tym bardziej że Waszyngton woli obwiniać Europę za to, że Ukraińcy nie ulegają Kremlowi.