Kontrowersje na rynku antykwarycznym huczą na nowo, a powodem jest nadchodząca aukcja relikwii nazistowskich zbrodni. Czy przedmioty, które powinny budzić grozę i być przestrogą, stały się towarem luksusowym? Oto sedno sporu, który po raz kolejny stawia pod znakiem zapytania etykę handlu pamiątkami po ofiarach Zagłady.

Licytacja mrocznych świadectw: Na sprzedaż osobiste dramaty z Auschwitz i Dachau
Niemiecki dziennik „Frankfurter Allgemeine Zeitung” donosi o przygotowaniach do aukcji, na której pod młotek trafić ma aż 623 artefakty związane z najmroczniejszym okresem historii Europy. Mówimy tu o przedmiotach o niewyobrażalnej wartości historycznej i emocjonalnej, które dla rodzin ofiar są bezcenną pamiątką, a dla domów aukcyjnych – potencjalnym źródłem dochodu. Wśród wystawionych pozycji znajdziemy autentyczne, wstrząsające dowody ludzkiej tragedii. Na liście są między innymi: list pisany przez więźnia Auschwitz, diagnoza lekarska z obozu koncentracyjnego Dachau, dokumentująca przymusową sterylizację, karta z kartoteki Gestapo z notatką o egzekucji żydowskiego więźnia w getcie Mackheim w lipcu 1942 roku, a także antyżydowski plakat propagandowy oraz gwiazda żydowska pochodząca z obozu Buchenwald. Ceny wywoławcze tych przedmiotów wahają się w granicach od trzystu pięćdziesięciu do pięciuset euro – kwoty wydające się absurdalnie niskie w kontekście historii, którą reprezentują. Warto dodać, że to nie pierwsza taka transakcja; jak zauważa „Frankfurter Allgemeine Zeitung”, pierwsza część tej prywatnej kolekcji została sprzedana już około sześć lat temu, co sugeruje, że rynek na tego typu – delikatnie mówiąc – „kolekcje” istnieje i ma się dobrze.
Czy pamiątki Holocaustu to tylko towar? Międzynarodowy Komitet Oświęcimski apeluje o przyzwoitość
Dyskusja wokół tej licytacji szybko przybrała gorący ton, a oburzenie wykracza daleko poza kręgi historyków. Międzynarodowy Komitet Oświęcimski wyraził stanowczy sprzeciw, wzywając do odwołania aukcji. Dyrektor Komitetu, Christoph Heubner, nie owijał w bawełnę, oceniając komercyjną sprzedaż osobistych dokumentów ofiar jako „cyniczną i bezwstydną”. Odbiorcy tych słów z pewnością musieli odczuć wagę zarzutu. Heubner jasno postawił sprawę: – Dokumenty dotyczące prześladowań i Holokaustu należą do rodzin ofiar. Powinny być eksponowane w muzeach lub na wystawach pamiątkowych, a nie sprowadzane do roli towaru. Wzywamy osoby odpowiedzialne w domu aukcyjnym do zachowania elementarnej przyzwoitości i odwołania aukcji – przekazał, cytowany przez „Der Spiegel”. To stanowisko idealnie wpisuje się w szerszą debatę o tym, kto powinien dziedziczyć i zarządzać materialnym dziedzictwem zbrodni.
Polska reakcja: Żądanie zwrotu pamiątek i włączenie kosztów do reparacji
Sytuacja ta wywołała natychmiastową reakcję na polskiej scenie politycznej. Sprawa nie mogła umknąć uwadze tych, do których należą pamiątki po ofiarach zbrodni niemieckich popełnionych na ziemiach polskich. Rzecznik Prezydenta RP, Rafał Leśkiewicz, skomentował całą sytuację w mediach społecznościowych, prezentując bardzo stanowcze stanowisko. Wpis opublikowany w serwisie X głosi: „Prezydent RP Karol Nawrocki oczekuje od polskiego rządu, żeby zażądał zwrotu, w ostateczności wykupił wszystkie pamiątki po Ofiarach zbrodni niemieckich na ziemiach polskich, a koszt tego przedsięwzięcia doliczył do ogólnego rachunku reparacyjnego!”. Propozycja jest radykalna: nie tylko odzyskać to, co zostało sprzedane (lub co może zostać sprzedane w przyszłości), ale jednocześnie obarczyć reparacjami finansowymi koszt takiego operacyjnego wykupu. To pokazuje, że kontekst historyczny i roszczenia wobec Republiki Federalnej Niemiec są tu nadal żywym i politycznie istotnym elementem dyskusji.