Wyobraź sobie sytuację, w której drobny błąd w procedurze listowej sądu skutkuje interwencją Prezesa Urzędu Ochrony Danych Osobowych (UODO) i słoną karą finansową. Przeciągający się spór o to, kto ma jurysdykcję w kwestii naruszeń danych związanych z wymiarem sprawiedliwości, właśnie znalazł finał w Sądzie Najwyższej Instancji. To nie jest tylko kolejna sądowa batalia, to zderzenie tytanów regulacji RODO z niezawisłością sądową, które ma fundamentalne znaczenie dla każdego, kto myśli, że wyroki i pisma urzędowe są nietykalne.

Jak wyciek danych z sądu doprowadził do kary 10 tysięcy złotych?
Sprawa, która wstrząsnęła środowiskiem prawniczym, dotyczyła naruszenia ochrony danych osobowych przez sąd okręgowy, którego istotą było niezgłoszenie naruszenia w wymaganym terminie oraz zaniechanie niezwłocznego powiadomienia osób, których dane wyciekły. Prezes UODO był nieugięty, twierdząc, że naruszenie miało „znaczną wagę i poważny charakter”. Inspektor ochrony danych sądu, zdaniem organu, błędnie ocenił poziom ryzyka dla praw i wolności osób fizycznych. Co ciekawe, całe zamieszanie wokół tej sprawy wywołała przesyłka sądowa. Nawet fakt, że za fizyczne dostarczenie tych wrażliwych dokumentów odpowiadał zewnętrzny operator pocztowy — w tym przypadku uszkodzenie lub zagubienie przesyłki — nie zwalniało sądu z odpowiedzialności. Jak podkreślali urzędnicy: „Uszkodzenie dokumentów, czy też zagubienie ich części przez operatora pocztowego, rodzi po stronie administratora określone obowiązki wynikające z RODO. Zaś ich niedopełnienie skutkuje odpowiedzialnością i implikuje zastosowanie uprawnień naprawczych.” W efekcie, sąd został nie tylko zobowiązany do naprawienia błędu zawiadomienia, ale obciążony karą w kwocie 10 tysięcy złotych.
Czy doręczanie korespondencji sądowej to czynność podlegająca UODO?
Sąd, oczywiście, nie zamierzał przyjmować tej sytuacji biernie. W swojej skardze do sądu administracyjnego zakwestionował nie tylko ustalenia UODO, ale przede wszystkim samą kompetencję tego organu do ingerowania w proces, który sąd uznał za integralną część wymiaru sprawiedliwości. Argumentacja sądu opierała się na orzecznictwie unijnym, które wyłącza spod jurysdykcji organów nadzorczych te operacje przetwarzania danych, które mogłyby „bezpośrednio lub pośrednio wpłynąć na niezależność członków sądów lub wpłynąć na ich decyzje”. Skarżący argumentowali z całą mocą, że doręczanie stronom pism procesowych, włączając w to odpisy pozwów, jest podstawową czynnością procesową zarządzaną przez niezawisłego sędziego, co jest nierozerwalnie związane z „czynnością procesową niezawisłego sędziego, związaną z zarządzaniem procesem orzekania”.
Wielki finał: NSA rozstrzyga spór o niezawisłość versus RODO
Debata ta przeniosła się na najwyższe szczeble sądownictwa administracyjnego. Początkowo Wojewódzki Sąd Administracyjny w Warszawie przyznał rację sądowi, potwierdzając brak właściwości rzeczowej Prezesa UODO w kontekście doręczania korespondencji sądowej na podstawie zarządzenia sędziego. Ostateczny werdykt, który przypieczętował tę sprawę, wydał Naczelny Sąd Administracyjny (NSA). Orzekając, NSA stanął po stronie niezawisłości, zgadzając się z argumentem, że w przypadku doręczania przesyłek na podstawie zarządzenia sędziego mamy do czynienia z klasycznym sprawowaniem wymiaru sprawiedliwości. To ustalenie ma kolosalne znaczenie, gdyż de facto ogranicza pole działania UODO tam, gdzie dane są przetwarzane w ramach bezpośrednich zarządzeń sądowych związanych z prowadzeniem procesu.