Nadchodzi rewolucja w polskiej nauce, a może raczej delikatne muśnięcie wiatrem zmian, które ma za zadanie osłodzić gorycz nadchodzącej oceny? Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego szykuje się do rozliczenia z czterema latami pracy naukowców, ale jak to się stanie, że uczelnie, które zaliczą spadek jakości, nie stracą najważniejszych przywilejów? Przygotujcie się na analizę zmian, które mogą zdefiniować przyszłość polskiej akredytacji i finansowania.

Koniec starej ery? Ewaluacja naukowa tuż-tuż
W styczniu tego roku uczelnie i instytuty naukowe staną przed lustrem rzeczywistości, rozliczając się z dorobku swoich pracowników naukowych z ostatnich czterech lat. Jak się okazuje, najbliższa runda ewaluacji – ta kluczowa, która niejednej placówce może namieszać w papierach – odbędzie się jeszcze według starych, dobrze nam znanych (a dla niektórych wręcz znienawidzonych) zasad. Oceniane będą dyscypliny naukowe w ramach konkretnej jednostki – pomyślcie o tym jak o mikro-ocenie socjologii na Uniwersytecie X czy mechaniki na Politechnice Y. Efekt? Kategorie od A+ po C. I co najważniejsze, siła napędowa tej oceny? Nadal pozostaje to, ile i gdzie pracownicy tych jednostek publikowali. To klasyczna metryka, która niektórzy kochają, a inni nienawidzą, bo sprowadza skomplikowaną pracę intelektualną do wskaźników bibliometrycznych.
Czy „złagodzenie skutków” to furtka na przyszłość?
Choć wydaje się, że to rutynowa procedura, Ministerstwo Nauki nie zamierza pozostawić świata nauki samemu sobie w obliczu potencjalnie surowych wyników. Resort przygotował projekt nowelizacji ustawy, który ma na celu wyraźne złagodzenie tego, co może przynieść negatywna ewaluacja. Obecnie trwają konsultacje publiczne tego dokumentu, więc dyskusja jest gorąca. Sedno sprawy tkwi w tym, że nawet jeśli jakaś uczelnia „zaliczy spadek jakości”, to projektowane zmiany mają zapewnić jej zachowanie kluczowych uprawnień. A co to znaczy w praktyce? Ano to, że placówka, której naukowcy nagle okażą się mniej „produktywni” w świetle nowych kryteriów, wciąż zachowa prawo do kształcenia doktorantów oraz, co równie istotne, nie straci uprawnień do samodzielnego tworzenia nowych kierunków studiów.
To brzmi jak system stworzony po to, by uchronić system przed dramatycznym krachem. Czy to rozsądne miękkie lądowanie, czy może sygnał, że obecny system jest zbyt kruchy, by wytrzymać własne surowe zasady? Ministerstwo, wprowadzając te osłonki, niejako przyznaje, że sama ewaluacja, bazująca na publikacjach, może prowadzić do niepożądanych skutków strukturalnych w szkolnictwie wyższym. Z jednej strony: trzymajmy się skrupulatnej oceny. Z drugiej: proszę się nie martwić, i tak pozwolimy Wam działać jak dawniej. To balansowanie na krawędzi, które z pewnością wywoła kontrowersje wśród tych, którzy wierzą w bezkompromisowe zasady rankingu.
Stare zasady oceny, nowe zasady przetrwania
Warto się zastanowić, dlaczego resort czuje potrzebę interwencji w środek jesiennego rozliczenia. Jeśli publikacje są kluczem, to dlaczego obawiać się, że „spadek jakości” będzie miał katastrofalne konsekwencje? Być może resort nie chce dopuścić do erozji bazy akademickiej, która straciłaby możliwość prowadzenia studiów doktoranckich z powodu jednorazowo słabszego wyniku w danej dyscyplinie. Można to interpretować jako próbę stabilizacji środowiska akademickiego. Zamiast karać ostrzejszym cięciem budżetowym czy utratą uprawnień, proponuje się swego rodzaju amortyzator.
Jak informuje źródło, nawet jeśli jednostka naukowa dostanie niższą kategorię, projektowane zmiany mają zapewnić, że to nie będzie koniec świata. Mówimy tu o utrzymaniu fundamentalnych filarów działalności uczelni: kształcenia najzdolniejszych (doktoranci) i autonomii programowej (tworzenie kierunków). W dyskursie naukowym często podnosi się argument, że zbyt rygorystyczne i jednowymiarowe mierniki (jak np. wskaźniki cytowań) mogą marginalizować kierunki o mniejszym potencjale publikacyjnym, ale kluczowe dla potrzeb lokalnego rynku pracy czy dziedzin humanistycznych. Czy ta ustawa nie jest próbą cichego powiedzenia: „Wiemy, że wyniki mogą być słabe, ale nie chcemy, żebyście przestali istnieć w pełnym wymiarze” ? To delikatna gra polityki naukowej, gdzie potrzebna jest równowaga między rygorem a pragmatyzmem.