Tragiczny finał konfliktu, który ciągnął się miesiącami, wstrząsnął okolicami Pruszkowa. Mężczyzna, mający sądowy zakaz zbliżania się do byłej żony, wtargnął do miejsca, które miało być jej bezpieczną przystanią – jej szkoły językowej – a skończyło się brutalnym morderstwem. To historia o eskalacji przemocy, niewystarczającej ochronie prawnej i chwili, w której dramat stał się faktem, uśmiercając ofiarę kilkoma ciosami noża.

Bojownik o majątek, kłamca sądowy. Jak narastał konflikt?
Zanim doszło do ostatecznej tragedii, tlił się głęboki, długotrwały spór. Jak informuje Piotr Skiba z Prokuratury Okręgowej w Warszawie, „pomiędzy małżonkami od dłuższego czasu istniał poważny konflikt w związku z podziałem majątku po rozwodzie”. To typowa, choć wybuchowa mieszanka: finanse, osobista uraza i poczucie niesprawiedliwości.
W tym prawnym tyglu, Robert K. (56-latek) balansował na granicy prawa, a wcześniej faktycznie je przekroczył. Według ustaleń „Faktu”, mężczyzna był już wcześniej oskarżony o grożenie byłej żonie, Katarzynie K. W grudniu ubiegłego roku prokuratura skierowała przeciwko niemu formalny akt oskarżenia – miał on wysyłać wiadomości, w których wprost groził kobiecie śmiercią.
Wyrok, który nie chronił. Kiedy system zawodzi?
Dramat prawny nabierał tempa, ale najwyraźniej nie zdążył zadziałać prewencyjnie. Wirtualna Polska ustaliła, że w marcu 2025 roku Sąd Rejonowy w Pruszkowie wydał wyrok nakazowy. Agresor został uznany za winnego, skazano go na osiem miesięcy ograniczenia wolności, połączonego z obowiązkiem prac społecznych. Kluczowy problem? Wyrok ten absolutnie nie izolował mężczyzny od jego byłej małżonki.
Kobieta, terroryzowana i prawnie upewniona o skali zagrożenia, słusznie złożyła sprzeciw. To wydarzenie zainicjowało pełne postępowanie sądowe. Termin pierwszej rozprawy wyznaczono na 5 grudnia 2025 roku. Jednak sąd miał poważne wątpliwości co do stanu psychicznego oskarżonego, co doprowadziło do odroczenia rozprawy. I tu dochodzimy do momentu, w którym prokrastynacja państwa stała się wyrokiem śmierci. Zaledwie cztery dni później, 9 grudnia, Robert K. zrealizował swoje mroczne zapowiedzi.
Wtargnięcie i brutalny atak. Koniec na miejscu pracy
Mimo sądowego zakazu, który wydawał się istnieć w teorii, Robert K. zjawił się w budynku szkoły językowej prowadzonej przez Katarzynę K. w jej własnym domu. Atmosfera natychmiast się zagęściła – doszło do kłótni. To, co nastąpiło później, brzmi jak koszmar: mężczyzna miał zaatakować byłą żonę nożem, zadając jej serię ciosów prosto w szyję.
W budynku przebywał ich 27-letni syn. Usłyszał on krzyki matki i natychmiast rzucił się jej na ratunek, stając w obliczu własnego ojca, który właśnie dopuszczał się zbrodni.
Jak relacjonowano, po dokonaniu czynu, 56-latek opuścił miejsce zdarzenia i sam, w widoczny sposób uwikłany w przemoc – z zakrwawionymi rękami – udał się na Komendę Powiatową Policji w Pruszkowie. Tam, bez ogródek, przyznał się do popełnienia przestępstwa. Policjanci, widząc dramatyczny dowód na własne ręce, zatrzymali go błyskawicznie. Niestety, dla pani Katarzyny było już za późno. Pomimo podjętej reanimacji, choćby najszybszej, życia kobiety nie udało się uratować.
Zarzuty i perspektywa prokuratury
Robert K. został aresztowany pod zarzutem zabójstwa. Prokuratura nie ma wątpliwości co do motywacji – postawiono mu zarzuty działania z zamiarem bezpośrednim. W perspektywie prawnej, skala okrucieństwa, popełnionego pomimo wcześniejszych gróźb i istniejących mechanizmów zabezpieczających, będzie miała kluczowe znaczenie w procesie. Kobieta czekała na proces z groźbami osiem i pół miesiąca, a brutalny atak nastąpił tuż po tym, jak sprawa trafiła na wokandę.