Historia, która wstrząsnęła Polską ponad ćwierć wieku temu, wciąż budzi dreszcze. Matka, która pozbawiła życia czworo swoich synów, nie trafiła za kraty. Sprawa Anny J. to studium szaleństwa, wybaczenia i niezwykłej przemiany, która wydaje się przeczyć wszelkim prawom ludzkiej logiki. Jak można wrócić do życia po takim akcie i zamieszkać na tej samej ziemi, na której rozegrał się koszmar?

Koszmar wydarzył się pod koniec lata. Zbrodnię odkrył ojciec
Był 30 sierpnia 1998 roku. Gdy Józef J. wrócił do domu po czuwaniu odpustowym w pobliskim kościele w Pasierbcu, zastał scenę, która na zawsze miała wypalić mu się w pamięci. Puste łóżeczka synów i zniknięcie żony. To, co następnie zobaczył na podwórzu, zmroziło mu krew w żyłach.
Na podwórzu jego uwagę przykuły trzy metalowe beczki — niebieska, czerwona i ceglasta. To, co zobaczył, zmroziło mu krew w żyłach. Z każdej z beczek wystawały małe stópki.
Trzy, a później okazało się, że cztery, buteleczki z wodą i czterech małych chłopców: Piotrusia, Tomka, Marcinka i najmłodszego Pawełka, którzy utonęli. Zrozpaczony ojciec podjął desperackie próby reanimacji, wyciągając dzieci z metalowych pojemników. Niestety, interwencja lekarki, która przybyła na miejsce, potwierdziła najgorsze – chłopcy nie żyli.
W międzyczasie Józef J. odnalazł żonę, Annę J., ukrytą na strychu za skrzynią ze zbożem. Próbowała odebrać sobie życie. Prokuratorzy szybko ustalili, że przyczyną śmierci chłopców było utonięcie; w ich ciałach nie znaleziono żadnych substancji odurzających. Zbrodni dokonała matka.
„Wyglądała na zagubioną”. Szpatułki i szaleństwo
Mieszkańcy i personel medyczny zapamiętali Annę J. z tamtego poranka zupełnie inaczej, niż mogłaby sugerować brutalność czynu. Świadectwa z limanowskiego szpitala, do którego trafiła Anna J., malują obraz osoby głęboko cierpiącej i zdezorientowanej.
— Pamiętam tę straszną tragedię, jak panią Annę przywieźli nad ranem 31 sierpnia do szpitala w Limanowej. Wyglądała na zagubioną. Ona nie była osobą, która mogłaby zrobić coś takiego — mówi [jedna z mieszkanek, która miała wtedy dyżur w szpitalu]. — Siedziała jak zbity pies na kozetce, przykryta kocem, w za dużych, męskich pantoflach. Nawet w kaftan jej nie zawijali, bo powiedziała, że będzie spokojna. Wyglądała bardziej na ofiarę niż sprawczynię tragedii — wspomina nasza rozmówczyni.
Śledztwo i ekspertyzy biegłych psychiatrów przyniosły kluczową informację: Anna J. nie trafiła do zakładu karnego. Jej czyn był rezultatem choroby psychicznej. Twierdziła, że słyszała głos, który nakazywał jej zabić dzieci, aby „nie cierpiały” i „stały się aniołkami”. Orzeczono jej niepoczytalność.
Co ciekawe, mieszkańcy powtarzali szeptem o pewnym nadprzyrodzonym elemencie tej historii, co odzwierciedlało ich szok i próby racjonalizacji niewyobrażalnego.
— W domu nie było nikogo poza Anką, jej dziećmi i niewidomą babcią. Tragedia rozegrała się w ciszy, gdy Józek był w kościele na czuwaniu. Mówią, że szatan szaleje przed odpustem pasierbickim, a wtedy był odpust. No i to by się sprawdziło — dodaje jeden z mieszkańców.
Po roku intensywnego leczenia w ośrodku psychiatrycznym Anna J. zaczęła odzyskiwać równowagę. Nie tylko wyszła na wolność, ale jej los przybrał nieoczekiwany obrót: zaszła w ciążę i urodziła córkę w 2000 roku, a później doczekała się jeszcze jednego dziecka.
Kobieta bardzo się zmieniła. Czy społeczność potrafi wybaczyć?
Dziś, 27 lat po tamtych wydarzeniach, Anna J. mieszka w Młynnem, na tej samej posesji. Sąsiedzi, choć pamiętają – bo jak mogliby zapomnieć? – obserwują drastyczną metamorfozę.
— Jak wróciła z tego leczenia zamieszkała w tym samym miejscu, w domu naznaczonym zbrodnią. Do dziś tam mieszka, nic złego przez te wszystkie lata się już nie wydarzyło — dodaje kolejny sąsiad.
Opinie mieszkańców są zróżnicowane. Z jednej strony trwa trauma i niezrozumienie, z drugiej – fakt, że choroba psychiczna jest czynnikiem łagodzącym, a kobieta wydaje się być teraz wzorową matką, a nawet babcią.
— Kiedy wróciła do swojego domu z tego ośrodka, wielu mieszkańców miało mieszane uczucia. Sama się bałam, że znowu coś się stanie — przyznaje jedna z sąsiadek. — Ale przez te wszystkie lata nic się już złego nie wydarzyło. Córki jej wyrosły na piękne panny, jedna nawet wyszła za mąż i ma swoje dziecko — dodaje.
Sama Anna J. wyraża skruchę, choć jej pamięć o tamtej nocy jest zablokowana.
— Mam wewnętrzny żal, ale nic kompletnie nie pamiętam z tamtej nocy — przyznała w rozmowie z „Faktem”. Kobieta nie chce wracać do bolesnej przeszłości. — Wszystko się na to poskładało, choroba, cała sytuacja w domu — dodała.
Pojawia się fundamentalne pytanie: czy można wybaczyć cztery morderstwa, nawet jeśli popełnione w stanie obłąkania? Społeczność zdaje się powoli przyjmować jej obecność, choć nazwa miejscowości Młynne na zawsze będzie związana z tą mroczną kartą historii.
— Decyzja i osąd nie do nas należy. Wieś jej chyba wybaczyła, bo nikt palcem nie wytyka — mówi jeden z mieszkańców. Przez te wszystkie lata naprawdę widać, że jest innym człowiekiem. Każdy zasługuje na drugą szansę, a choroba nie wybiera. Społeczność ją przyjęła, chociaż nigdy nie zapomni. Młynne już zawsze będzie naznaczone tą tragedią.