Wojna w Bośni i Hercegowinie jawi się w podręcznikach historii jako konflikt polityczny, ale czy na pewno? Zza zasłony geopolitycznych rozgrywek wyłania się przerażająca, niemal surrealistyczna prawda o „ludzkim safari” w Sarajewie. Wyobraźcie sobie scenariusz, w którym cywile stają się zwierzyną łowną dla zamożnych turystów z Zachodu. Ta mroczna anegdota, nagłośniona przez włoskiego pisarza, rzuca nowe, brutalne światło na akceptację zbrodni pod płaszczykiem wojennej zawieruchy.

Czy to naprawdę był dreszczowiec dla bogaczy? O morderstwie dla adrenaliny
Kiedy myślimy o zbrodniach wojennych, do głowy przychodzą obrazy etnicznych czystek, politycznych rozgrywek i walki o terytorium. Jednak to, co odkrywa Ezio Gavazzeni, pisarz z Mediolanu, który ma już na koncie głośne książki o mafii (La Furia degli Uomini, 2022) czy zamachu na Jana Pawła II (Il Papa deve morire, 2025), jest czymś szokująco innym. Jego najnowsze śledztwo skupia się na najbardziej obrzydliwych epizodach oblężenia Sarajewa, które miały motywację czysto hedonistyczną – polowanie dla sportu.
Gavazzeni, cytowany przez „Wyborczą”, nie pozostawia złudzeń co do intencji sprawców tych bestialstw. Nie kierowały nimi ideologie czy nienawiść plemienna, przynajmniej nie w sensie bezpośrednim dla nich samych. Jak twierdzi:
Nie było tu motywacji politycznych. Chcieli doświadczyć upojenia, zabijając ludzi, i spokojnie wrócić do domu – mówi „Wyborczej” Ezio Gavazzeni, który nagłośnił sprawę „ludzkiego safari” w Sarajewie podczas wojny w byłej Jugosławii.
To, co brzmi jak scenariusz taniego thrillera klasy B, okazało się makabryczną rzeczywistością. Grupy „myśliwych” z krajów zachodnich, uiszczając, bagatela, sowite opłaty serbskim żołnierzom, uzyskiwały dostęp do strategicznych punktów obserwacyjnych tuż poza miastem.
Safari na ludzi: Polowanie z luksusowej ambony
Proces ten był przerażająco zorganizowany, co wymagało zaangażowania i pewnej formy pragmatycznej współpracy ze strony części sił paramilitarnych. Mówimy tu o zorganizowanej logistyce dostępu do ofiar. Pisarz opisuje to zjawisko wprost – jako polowanie na zwierzynę. Porównanie, które wrywa się w pamięć, brzmi nader dosadnie:
docierali w pobliże miasta, by z dogodnych pozycji strzelać do cywilów, jak strzela się z ambony do dzików.
Musimy sobie zdać sprawę z tej dekontekstualizacji ludzkiego życia. Dla tych zachodnich opłaconych morderców, mieszkańcy Sarajewa, cywile uwięzieni w oblężonym mieście, stali się ekwiwalentem dzika na polowaniu. Cisza i spokój powrotu do domu po „sukcesie” kontrastują z trwogą i chaosem, którego źródłem byli. Śledztwo włoskiej prokuratury, o którym wspomina Gavazzeni, wskazuje, że ta praktyka nie była odosobnionym incydentem, ale zorganizowanym, choć ukrywanym, biznesem.
Echa wojny, które wciąż wymagają rozliczenia
Fakt, że sprawa ta, choć nagłośniona przez literatów i badaczy, wciąż nie ma swojego pełnego epilogu prawnego, budzi głęboki niepokój. Ukazuje ona, jak łatwo wojenne okrucieństwo mogło zostać sprywatyzowane i przekształcone w perwersyjną formę rozrywki dla tych, którzy mogli sobie pozwolić na wykupienie pozwolenia na zabijanie. Wojna w byłej Jugosławii była konfliktem o skomplikowanej matrycy etnicznej i politycznej, lecz istnienie takich „turystów śmierci” burzy narrację jednoznacznego podziału na „dobrych” i „złych”, wprowadzając element obrzydliwej komercjalizacji cierpienia. To, co miało być sportem ekstremalnym, stało się haniebnym rozdziałem w historii europejskich zbrodni wojennych, gdzie pieniądze kupowały prawo do odebrania życia, bez zbędnych politycznych ceregieli.