Czy nasi praprzodkowie wiedli idylliczne życie pełne beztroski, wolne od trosk cywilizacji? Słyszymy często o idyllicznym raju łowców-zbieraczy, ale prawda bywa bardziej skomplikowana. Owszem, byli oni mniej obciążeni pewnymi problemami, ale to nie znaczy, że ich egzystencja była pozbawiona cierpienia. Zanurzmy się w świat, gdzie futro niedźwiedzia było najbardziej zaawansowaną technologią, a największym zagrożeniem – niekoniecznie cywilizacyjny stres.

Mit niepokonanego zdrowia: Co kryło się pod futrem z niedźwiedzia?
Wyobraźmy sobie archetypowego myśliwego, którego wizerunek przywołuje dostarczony materiał. Postać, której opis wydaje się niemal mitologiczny: „Miał ciemną skórę, brązowe oczy i resztki ciemnych włosów na prawie łysej czaszce”. Mimo niemal czterech dekad na karku, był sprawny, muskularny, a jego ubiór to majstersztyk inżynierii epoki kamienia – czapka z futra niedźwiedzia brunatnego, płaszcz, a pod nimi chodaki wyściełane trawą, mchem i łykiem. To obraz kogoś, kto doskonale radził sobie w surowym środowisku. Dlaczego więc ten obraz jest na tyle mylący?
Klucz tkwi w słowach: „Społeczności łowców-zbieraczy były znacznie mniej obciążone chorobami zakaźnymi, a patogeny nie były tak rozpowszechnione”. Mniejsza obciążenie chorobami zakaźnymi jest faktem wynikającym z mobilności i niskiej gęstości zaludnienia. Brak ogromnych, stałych skupisk ludzkich, typowych dla późniejszych epok rolniczych, drastycznie redukował szanse na epidemię. Ale wpadamy tu w pułapkę. Mniej zarazków to nie to samo, co brak chorób.
Czym nasi przodkowie płacili za wolność?
Zapomnijmy na chwilę o superbakteriach przenoszących dżumę czy ospę. Choć epidemie na skalę wielkich miast były im obce, to czy oznacza to, że żyli w wianku zdrowia i siły? Absolutnie nie. To po prostu oznaczało, że mieli inne, bardziej bezpośrednie kłopoty.
Zdrowie łowców-zbieraczy było dynamiczne, silnie zależne od sezonu i dostępności zasobów. Okresy obfitości przeplatały się z głodem. Poza chorobami (które nadal istniały, choćby pasożyty czy lokalne infekcje) zmagali się z traumami fizycznymi. Pomyślmy o tym wojowniku w futrze. Upadek z urwiska, zakażenie rany po polowaniu, złamania, które w warunkach braku antybiotyków i szybkiej pomocy chirurgicznej, oznaczały wyrok śmierci lub kalectwo. Przeżyć czterdzieści sześć lat w takim środowisku, jak sugeruje opis, to już akt heroizmu, a nie norma.
Czytaj dalej: Ludzie z przeszłości nie umierali „naturalnie”. Ich śmierć była nagła, brutalna lub wyniszczająca.
Nie tylko patogeny: Koszt życia w zgodzie z naturą (która nie zawsze jest łaskawa)
Kiedy analizujemy ten fragment życia, musimy odrzucić romantyczne wyobrażenia o prostym życiu, które było łatwe. Nawet jeśli patogeny nie rozprzestrzeniały się z prędkością światła, to inne czynniki miały decydujący wpływ na ich stan zdrowia.
Badania paleoantropologiczne często wskazują na znaczne zużycie stawów, urazy czaszek, a także ślady niedożywienia i okresowego głodu w szkieletach. O ile rolnictwo przyniosło ze sobą problemy związane z monodieta i pracą ponad siły, o tyle łowiectwo i zbieractwo miało swoje specyficzne pułapki. Przecież nawet idealny myśliwy, ubrany w futro niedźwiedzia, narażony był na ataki drapieżników, czy to lwów jaskiniowych, czy niedźwiedzi, których futro tak zręcznie wykorzystywał.
Ten kontrast jest intrygujący: społeczeństwa te unikały epidemii, ale płaciły wysoką cenę za swoją mobilność i bliskość z dziką przyrodą. Zdrowie było domeną chwilowego powodzenia, a nie stabilnego systemu opieki. Nie jesteśmy potomkami witalnych, nieśmiertelnych superbohaterów – jesteśmy potomkami ludzi, którzy po prostu mieli inne zestawy wyzwań zdrowotnych. Pytanie brzmi, czy jesteśmy w stanie docenić stabilność, którą daje nam cywilizacja, mimo jej wad?