Czy Polska zagra na mundialu? Losowanie grup, choć przedwczesne, już za pasem, a my wciąż tkwimy w niepewności barażowej matni. Zanim Robert Lewandowski i spółka będą mogli myśleć o kawie w Teksasie czy meksykańskim słońcu, muszą najpierw wywalczyć bilet. To klasyczne dzielenie skóry na niedźwiedziu, ale kalendarz FIFA nie czeka, a ambicje Biało-Czerwonych są nieprzemijające.

Dzielenie skóry na niedźwiedziu, czyli dlaczego losowanie jest na razie abstrakcją
Sytuacja reprezentacji Polski przed Mistrzostwami Świata w USA, Kanadzie i Meksyku jest fascynująca, choć dla kibica balansującego na krawędzi nadziei i pesymizmu – niezwykle frustrująca. Zanim dowiemy się, z kim zmierzymy się w czerwcu 2026 roku, musimy przejść przez marcowe „weryfikacje”. Jak słusznie zauważono, to klasyczny dylemat: musimy najpierw wygrać, by w ogóle móc analizować potencjalnych rywali grupowych.
Dwadzieścia jeden innych nacji znajduje się w tożsamej szufladce co Polska – czekają na wiosenne baraże, by przypieczętować swój udział w największym piłkarskim święcie. W tym kontekście zaplanowane na 5 grudnia losowanie grup w Waszyngtonie wydaje się niemalże aktem czystej spekulacji. FIFA jednak bywa bezlitosna dla sentymentów; harmonogram musi być dotrzymany.
W piątek, o godzinie 18 czasu polskiego, poznamy podział 42 drużyn, które już zapewniły sobie kwalifikację. Sześć pozostałych „koszyków” pozostanie symboliczną pustką, zarezerwowaną dla zwycięzców marcowych play-offów. To oznacza, że czeka nas kwiecień pełen teoretycznych rozważań, a prawdziwe emocje i analiza taktyczne zaczną się dopiero po rozstrzygnięciu baraży.
Barażowy maraton: Albania, a potem (może) Ukraina lub Szwecja
Droga do USA, Kanady i Meksyku wiedzie przez dwa (lub trzy, licząc już eliminacje) trudne etapy. Najpierw czeka nas starcie z Albanią, które odbędzie się na własnym boisku 26 marca. To jest kamień milowy, choć mentalnie polscy piłkarze muszą być gotowi na walkę twardą i bezkompromisową. Eksperci podkreślają, że kluczowe będą umiejętności adaptacji do presji, co zresztą sugerował chociażby Jan Urban, mówiąc:
„Przed barażami o mundial musimy umieć przyjąć i…”
To zdanie, choć urwane, idealnie oddaje ducha nadchodzącej walki. Musimy być gotowi na przyjęcie krytyki, presji trybun i zmierzenie się z trudnym przeciwnikiem. Jeśli Albania zostanie pokonana, w finale baraży czeka nas pojedynek o wszystko – zwycięzca starcia Ukraina – Szwecja. To brutalny skrót ścieżki do wielkiego turnieju. Porażka na którymkolwiek z tych etapów oznacza, że grudniowe losowanie będzie tylko niezobowiązującym seansem telewizyjnym z udziałem Roberta Lewandowskiego oglądającego mecz na kanapie.
Cztery miesiące spekulacji zamiast konkretnej strategii
Fakt, że losowanie odbywa się przed rozstrzygnięciem baraży, zmusza sztab szkoleniowy do operowania w sferze czystej hipotezy. Jeśli jakimś cudem Polacy awansują, reszta świata będzie już wiedziała z kim zagra. My będziemy musieli w ciągu kilku tygodni (może nawet lżejszych, bo terminarz po barażach będzie napięty) nadrabiać zaległości analityczne.
To swoisty nonsens logistyczny na najwyższym szczeblu, charakterystyczny dla skomplikowanej struktury kwalifikacji światowych. Z jednej strony, FIFA musi zadowolić globalną widownię i wypełnić okienko czasowe w kalendarzu, z drugiej – wymaga, by reprezentacje udowodniły swoją wartość, zanim otrzymają pełny obraz zbliżającego się wyzwania.
W praktyce oznacza to, że polscy analitycy będą musieli przygotować aż trzy scenariusze grupowe – jeden dla scenariusza A (awans przez wygranie obu meczów), drugi dla B, i trzeci w przypadku niepowodzenia. Oczekiwanie, aż 42 drużyny zostaną rozlosowane, a my z niecierpliwością będziemy musieli czekać na wynik meczu na Ukrainie lub w Szwecji, to bolesne przypomnienie, jak kruchy jest status międzynarodowy naszej piłki nożnej.