Przed nami rewolucja w prawie antynikotynowym, ale czy na pewno idziemy w dobrym kierunku? Lekarze i związkowcy biją na alarm, wskazując, że drakońskie zaostrzenie przepisów może sypnąć piaskiem w tryby skuteczności walki z paleniem, a przy okazji otworzyć furtkę dla czarnego rynku. Czy polski system opieki zdrowotnej jest gotowy na lawinę nieprzewidzianych konsekwencji?

Zakaz, który ogranicza dostęp do rzetelnej informacji i wsparcia
Lekarze głośno sygnalizują, że proponowane zmiany w ustawie antynikotynowej – choć z pewnością brzmią budująco we wzniosłych intencjach – mogą przynieść efekty odwrotne do zamierzonych. Podkreślają, że drastyczne restrykcje nie tylko uderzą w skuteczność samego prawa, ale przede wszystkim „ograniczają dostęp pacjentów do rzetelnej informacji i realnego wsparcia w rzucaniu palenia”. Jest to o tyle niebezpieczne, że przecież celem powinno być zdrowie publiczne, a nie tworzenie regulacyjnego chaosu. Co więcej, specjaliści zwracają uwagę na mroczne doświadczenia z innych krajów, gdzie zbyt gwałtowne zaostrzenie regulacji wywołało istny rozkwit nielegalnego rynku. W takich warunkach nadzór nad jakością produktów jest iluzoryczny – i to my, jako system, zapłacimy cenę.
Zdrowie publiczne kontra traktowanie wszystkiego jednakowo: Stanowisko medyków
Zastrzeżenia zgłasza również m.in. Podlaska Federacja Związków Zawodowych Pracowników Ochrony Zdrowia. W liście skierowanym do ministra Macieja Berki, reprezentanci personelu medycznego jasno artykułują, że obecny kształt projektu może być szkodliwy. W piśmie czytamy między innymi: „Jako środowisko, które codziennie styka się ze skutkami zdrowotnymi palenia oraz obciążeniami systemu opieki medycznej, podkreślamy, że przyjęcie projektu w obecnym kształcie może przynieść skutki niekorzystne dla zdrowia publicznego, a także dodatkowo obciążyć personel medyczny”.
Federacja, opierając się na doświadczeniach państw, które odniosły sukces w ograniczaniu palenia, wskazuje na kardynalny błąd legislacyjny. Otóż projekt traktuje bowiem jednakowo papierosy spalane oraz ich alternatywy o niższej szkodliwości, takie jak saszetki nikotynowe. Z perspektywy specjalistów jest to podejście „nieskuteczne i sprzeczne z aktualną wiedzą naukową”. Istotna jest tu kluczowa różnica: „To dym tytoniowy, a nie nikotyna sama w sobie, odpowiada za zdecydowaną większość chorób odtytoniowych”.
Aby poprzeć swoje tezy, Federacja przywołuje przykład Szwecji, państwa, które dziś ma najniższy w Europie wskaźnik codziennych palaczy – około 5,4 proc. dorosłych, co kwalifikuje je jako kraj „wolny od dymu”. I tu pojawia się analityczna pułapka, którą polscy ustawodawcy zdają się ignorować: w Szwecji, jednocześnie, 22 proc. mężczyzn i 10 proc. kobiet regularnie sięga po snus lub saszetki nikotynowe. Czyżby mniej szkodliwe substytuty faktycznie pomogły zredukować problem palenia klasycznego?
Plantatorzy tytoniu czują się pominięci: Czy rząd ignoruje własne finanse?
O ile lekarze i związkowcy wskazują na aspekty zdrowotne, o tyle plantatorzy tytoniu alarmują o ekonomicznych konsekwencjach ignorowania ich głosu. Organizacje plantatorskie zarzucają, że projekt przesłany do Stałego Komitetu Rady Ministrów powstał bez uwzględnienia kluczowych uwag, w tym uwag samego Ministerstwa Rolnictwa i Rozwoju Wsi. W piśmie do Krajowej Rady Izb Rolniczych czytamy gorzkie słowa: „Projekt ten, który został skierowany do dalszych prac po zakończeniu konsultacji publicznych, budzi poważne zastrzeżenia środowiska plantatorów, ponieważ, jak wynika z dokumentów dostępnych na stronie RCL, nie uwzględnia opinii i stanowisk strony społecznej, ani w dużej mierze także uwag zgłoszonych przez samo Ministerstwo Rolnictwa i Rozwoju Wsi”. Dla rolników takie podejście kwestionuje wiarygodność całego procesu legislacyjnego.
Plantatorzy przypominają, że protestowali już 3 listopada pod KPRM, sprzeciwiając się polityce WHO i Unii Europejskiej, której celem jest „stopniowe wygaszanie produkcji tytoniu”. Według nich projekt UD213 wpisuje się w tę logikę, celując bezpośrednio w plantatorów, producentów, przetwórców, a także w finanse państwa. W dobie, gdy Polska tkwi w procedurze nadmiernego deficytu, rezygnacja z potężnych wpływów z akcyzy od legalnych produktów nikotynowych to, ich zdaniem, „poważne zagrożenie dla finansów publicznych, a zarazem cios dla branży plantatorskiej, której kolejne źródło zbytu surowca zostałoby utracone”.
Te głosy – od lekarzy, farmaceutów, dentystów, poprzez organizacje przedsiębiorców jak Brytyjska Izba Handlowa, Pracodawcy RP czy Business Centre Club – rezonują w przestrzeni publicznej, kierowane do KPRM, Ministerstwa Rolnictwa oraz Resortu Zdrowia. Czy ustawodawca zamierza jednak zmienić kurs, czy też idzie na przekór nauce i logice ekonomicznej, faworyzując radykalne zakazy kosztem racjonalnego podejścia do ograniczenia szkodliwości?