Sektor opieki zdrowotnej w Polsce to prawdziwy tygiel finansowych dysproporcji, gdzie wydatki na personel potrafią drastycznie różnić się w zależności od wielkości placówki. Czy to możliwe, że mniejsze szpitale powiatowe są na skraju finansowej zapaści ze względu na płace? Przyjrzyjmy się bliżej tej niepokojącej „wolnej amerykance” w resortach medycznych.

Dlaczego mniejsze szpitale płacą astronomiczne procenty na pensje?
Rozkład wydatków na wynagrodzenia w polskiej służbie zdrowia przypomina rozstrzał typowy dla burzliwego rynku, a nie dla sektora regulowanego. Dane jasno pokazują, że im mniejsza placówka, tym większy odsetek przychodów pochłaniają pensje. Dobrze prosperujące, duże szpitale wykazują, że oscylują w granicach 45 do 50 proc. swoich przychodów przeznaczanych na wynagrodzenia. To już samo w sobie jest znaczącym obciążeniem. Ale gdy spojrzymy na małe placówki, te z ograniczonymi kontraktami, sytuacja staje się dramatyczna: wydatki na pensje sięgają tam aż 70, a miejscami i 80 proc. całości przychodów! To oznacza, że na wszystko inne – leki, sprzęt, remonty – zostaje kropla w morzu.
Różnice te nie ograniczają się jedynie do ogólnej puli płacowej. Istnieją też kolosalne rozbieżności w stawkach dla kluczowych specjalistów, zwłaszcza lekarzy. To rodzi pytania o sprawiedliwość i stabilność systemu.
„Kto pistolet wyjmie, ten strzela”: Ostry język o braku regulacji
Obraz finansowego chaosu w służbie zdrowia przedstawia Mariusz Trojanowski, szef Powiatowego Szpitala w Aleksandrowie Kujawskim i jednocześnie członek zarządu Ogólnopolskiego Związku Pracodawców Szpitali Powiatowych. Jego diagnoza jest bezlitosna: w resorcie zdrowia panuje dzisiaj „wolna amerykanka”.
Rozwijając swoją metaforę, Trojanowski wskazuje na absurdalność obecnej sytuacji. Doceńmy siłę jego słów:
„Mamy tak, że kto pistolet wyjmie, ten strzela”
Dyrektor szpitala powiatowego prostuje tę nielogiczność, porównując ją do innych zawodów regulowanych. Dla wielu wysokich stanowisk państwowych, takich jak dyrektorzy szkół, komendanci czy prezesi sądów, istnieją jasno określone górne granice zarobków. Czy to kogoś gorszy? Oczywiście, że nie. Ale gdy mowa o górnej granicy dla wynagrodzeń lekarzy, natychmiast podnosi się larum. Autor źródłowych informacji przytacza to zastrzeżenie, by pokazać podwójne standardy.
Czy ratownicy medyczni mogliby zażądać pięciu „setek” za godzinę? Kontrowersyjna analogia
Aby unaocznić skalę finansowej dezorganizacji, Trojanowski używa retorycznego, choć nieco kontrowersyjnego porównania z inną służbą ratunkową. Wyobraźmy sobie dokładnie ten sam mechanizm płacowy, który obowiązuje w ochronie zdrowia, przeniesiony na grunt Państwowej Straży Pożarnej. Jak to wyglądałoby w praktyce?
Strażak mówi „nie jadę do pożaru, póki mi nie zapłacicie pięciu stów za godzinę” – mówił na początku grudnia w wywiadzie dla „Wyborczej”.
Ta mocna analogia ma za zadanie uświadomić, jak destrukcyjny może być brak jakiejkolwiek spójnej struktury wynagrodzeń w krytycznie ważnym sektorze. Jeśli w zdrowiu panuje swoboda w ustalaniu stawek, która prowadzi do tak drastycznych różnic między kontraktami, grozi to paraliżem, tak jakby strażacy zaczęli negocjować ratowanie życia na stop-klatka, czekając na akceptowalną stawkę godzinową. Finansowa mozaika opieki zdrowotnej wymaga pilnej interwencji zarządczej, zanim koszty pracy pożrą całą resztę.