Niezwykłe odwrócenie stołków na arenie międzynarodowej? Kazachstan, dotychczas wierny sojusznik Moskwy, ostatnio zaczął intensywnie zabiegać o względy Waszyngtonu. Czy to nagła zmiana kursu w geopolitycznej grze, czy raczej klasyczna dyplomacja pragmatyka, balansująca na cienkiej linie między dwoma globalnymi mocarstwami? Ostatnie wizyty prezydenta Kasym-Żomarta Tokajewa w Moskwie i Waszyngtonie malują fascynujący obraz strategicznej dwuznaczności. Zastanówmy się, na czym polega ta skomplikowana gra i co ona oznacza dla Eurazji.

Jak Rosja i Kazachstan cementują sojusz, ignorując wojnę na Ukrainie
Relacje między Kazachstanem a Federacją Rosyjską weszły w zupełnie nową, dynamiczną fazę. Wtorkowa wizyta prezydenta Kasym-Żomarta Tokajewa w Moskwie zaowocowała podpisaniem kluczowej deklaracji o „wszechstronnym strategicznym partnerstwie i sojuszu”. To nie są tylko puste słowa; towarzyszyły temu liczne umowy, które mocno zacieśniają współpracę, zwłaszcza w sektorze energetycznym. Rosyjski gigant ponownie zobowiązał się do budowy pierwszej elektrowni atomowej w Kazachstanie, a co równie istotne, oba kraje zamierzają coraz częściej prowadzić rozliczenia finansowe w rublach i tenge. Brzmi jak powrót do starych, sprawdzonych schematów, prawda?
Ale to nie koniec tej symbiozy. W ramach „partnerstwa strategicznego” Kazachstan zadeklarował wspieranie Rosji w promowaniu języka rosyjskiego jako głównego środka komunikacji w państwach WNP. Wygląda na to, że trwająca od lat wojna Rosji z Ukrainą nie robi na tych relacjach większego wrażenia. Co więcej, widać to w danych ekonomicznych: wymiana handlowa pnie się w górę, osiągając 28 miliardów dolarów w 2024 roku, w porównaniu do 24 miliardów w 2021 roku. Tokajew chwalił się również, że Rosja była największym inwestorem w jego kraju w ubiegłym roku, pompując 4 miliardy dolarów. Niemal połowa zagranicznych firm działających w Kazachstanie to podmioty z rosyjskim kapitałem – blisko 20 tysięcy!
Sama atmosfera tych spotkań jest wyjątkowo ciepła. Przywódcy zadbali o symbolikę, otwierając uroczyście Skwer Przyjaźni Kazachsko-Rosyjskiej w Moskwie, co wydaje się być rewanżem za aleję Wiecznej Przyjaźni Kazachstanu i Rosji otwartą w Astanie w maju. W tym kontekście słowa Tokajewa brzmią jak deklaracja lojalności, choć z nutą lokalnej specyfiki.
Mądrość wielu wieków zachowała kazachskie powiedzenie „Qūdaĭ qosqan körşi”, co w tłumaczeniu oznacza „sąsiad dany przez Boga” – kim właśnie jest Rosja dla Kazachstanu
Te słowa, wypowiedziane na Kremlu, to mocny sygnał dla świata, że Astana zamierza pielęgnować ten regionalny kolos.
Czy wizyta w Waszyngtonie była tylko dyplomatycznym teatrem?
Zanim Tokajew poleciał do Moskwy, by nazwać Władimira Putina „sąsiadem danym przez Boga”, odbyła się równie znacząca podróż – pierwsza w historii wizyta przywódców państw Azji Centralnej (Uzbekistan, Tadżykistan, Turkmenistan, Kirgistan i Kazachstan) w Białym Domu, w ramach szczytu C5+1. I tu zaczyna się intrygujący podwójny taniec.
Prezydent Kazachstanu, składając wizytę u Donalda Trumpa, nie szczędził ciepłych słów pod adresem amerykańskiego przywódcy. Zamiast chłodnej kalkulacji, usłyszeliśmy komplementy niemalże teologiczne:
– Dziękuję panu, panie prezydencie i jestem głęboko przekonany, że jest pan wielkim przywódcą i mężem stanu, zesłanym z góry, aby przywrócić zdrowy rozsądek i tradycje, które wszyscy podzielamy i cenimy – mówił Tokajew do Donalda Trumpa.
Ta retoryka jest odległa od języka używanego w Moskwie. Kazachstan przypomniał Amerykanom, że dotychczas zainwestowali oni w tym kraju ponad 100 miliardów dolarów, głównie dzięki amerykańskim gigantom paliwowym. Co więcej, wizyta zaowocowała podpisaniem porozumień wartych 17 miliardów dolarów i faktycznym przystąpieniem Kazachstanu do tzw. Porozumień Abrahamowych.
Wygląda na to, że prezydent Tokajew mistrzowsko gra na czas i na dwa fronty. Z jednej strony nie może sobie pozwolić na zerwanie więzi gospodarczych i bezpieczeństwa z Rosją, która jest de facto jego bezpośrednim sąsiadem – „sąsiadem danym przez Boga”. Z drugiej, Kazachstan, czerpiąc korzyści z gigantycznych amerykańskich inwestycji i aspirując do geopolitycznej autonomii, musi pokazać Waszyngtonowi, że jest partnerem godnym zaufania, a nie tylko rosyjską wasalną strefą wpływów. To jest dyplomacja w czystej postaci: maksymalizowanie korzyści przy minimalizacji ryzyka straty, niezależnie od tego, kim jest akurat gospodarz na Kremlu czy w Białym Domu.