W obliczu historii, która nie może się powtórzyć, grupa wybitnych osobistości wystosowała stanowczy apel. To nie jest kolejna pusta deklaracja; to zobowiązanie do pamiętania, wyrażone przez ludzi, którzy wiedzą, jak krucha jest pamięć i jak łatwo zatarte zostaną ślady największych zbrodni. Dlaczego akurat teraz to wezwanie nabiera mocy i do kogo skierowane jest to publiczne poruszenie?

Kto stoi za głosem wzywającym do wiecznej pamięci?
Apel, który wstrząsnął środowiskami kultury i nauki, nie jest dziełem anonimowej grupy. To zbiorowy głos ludzi, których biografie naznaczone są walką o wolność, głęboką wiedzą historyczną lub zaangażowaniem w relacje międzynarodowe. Sygnatariusze listu otwartego to prawdziwa plejada polskich autorytetów – od weteranów opozycji antykomunistycznej, czołowych historyków akademickich, po dyplomatów i twórców kultury.
Próżno szukać tego zestawienia w zwykłych zestawieniach; to lista, na której obok siebie stoją Anna Stupnicka-Bando ps. Anka, sanitariuszka AK i Sprawiedliwa Wśród Narodów Świata, oraz profesorowie z renomowanych uniwersytetów, tacy jak Andrzej Nowak z Uniwersytetu Jagiellońskiego. To również głos ludzi bezpośrednio związanych z dziedzictwem II wojny światowej i najnowszej historii Polski, jak na przykład Maria Czarnecka, architekt z Wrocławia, czy prawnuk Julian Spitosław Kulski II.
Wśród sygnatariuszy widzimy także tych, którzy aktywnie działali w opozycji lat 80., jak Grażyna Adamska, działaczka NZS Solidarności Walczącej, czy Przemysław Bogusławski, wrocławski opozycjonista. Taki skład personalny nadaje temu listowi niebywałej wagi; to nie tylko akademicka refleksja, ale i moralny testament świadków minionych czasów i ich spadkobierców. W gronie podpisanych znaleźli się również byli ambasadorowie RP, tacy jak Piotr Wilczek czy Dariusz Pawłoś, co sugeruje, że apel ma ambicje wykraczające poza granice kraju.
Dlaczego pamięć o niemieckim narodowosocjalizmie jest palącą sprawą?
Sedno przesłania sygnatariuszy jest równie ważne, co ich nazwiska. Wyrażają oni fundamentalne zobowiązanie wobec tych, których głos już nigdy nie zabrzmi:
„Pamięć o zbrodniach narodowo-socjalistycznego reżimu niemieckiego powinna być dla nas przestrogą. Jesteśmy winni zachować pamięć ofiar, które już nie mogą same mówić” – kończą swój apel.
To klasyczne, ale wciąż aktualne wezwanie do czujności. W dobie narastającej ignorancji historycznej i, co gorsza, prób rewidowania faktów, świadectwo to staje się aktem samoobrony kulturowej i moralnej. Podkreślenie, że ofiary „już nie mogą same mówić”, to mocne uderzenie w tych, którzy chcieliby zepchnąć bolesne rozdziały historii do lamusa. Historycy tacy jak prof. dr hab. Grzegorz Strauchold czy prof. dr hab. Wojciech Fałkowski zdają się mówić: nasza wiedza jest waszym obowiązkiem.
Co ciekawe, lista instytucji, do których skierowano ten list, wskazuje na międzynarodowy wymiar problemu. Obejmuje on instytucje w Polsce, USA, Niemczech, Austrii oraz Izraelu. To oczywisty sygnał, że sprawa pamięci o holokauście i zbrodniach wojennych ma charakter transgraniczny i wymaga skoordynowanych działań na poziomie edukacyjnym i kulturalnym. Małgorzata Bochwic-Ivanovska, była dyplomatka, doskonale zdaje sobie sprawę, jak ważny jest dialog na ten temat z partnerami zagranicznymi, zwłaszcza z Niemcami i Izraelem, gdzie pamięć jest fundamentem współczesnej tożsamości.
Czy ten apel to tylko gest, czy realny impuls dla kultury?
Patrząc na skład sygnatariuszy, trudno oprzeć się wrażeniu, że list ten ma ambicje być czymś więcej niż tylko symbolicznym gestem. Obecność dyrektorów muzeów (jak Wojciech Markert z Muzeum Powstania Warszawskiego czy Mariusz Kowalski z Muzeum Żołnierzy Wyklętych), kuratorów, a także twórców fundacji (jak Aleks Storozynski z Fundacji Kościuszkowskiej czy Krzysztof Przybył z Fundacji „TERAZ POLSKA”) sugeruje potrzebę aktywnego włączania historii w tkankę współczesnego życia publicznego.
To ciekawe, jak często w tym zestawieniu pojawiają się postacie związane z Muzeami, Armią Krajową (np. żołnierze Zgrupowania „Żyrafa”, jak Stefan Zadrożny „Witek”) oraz z ruchem solidarnościowym. Pokazuje to, że wzywający nie chcą jedynie, by naukowcy pisali traktaty. Chcą, aby codzienne instytucje kultury – teatry, muzea, archiwa – aktywnie podtrzymywały ten trudny, ale niezbędny dialog. Czy ta interdyscyplinarna reprezentacja – od architektów, przez prawników (jak prof. Robert Gwiazdowski), po artystów – przełoży się na konkretne projekty? To pytanie pozostaje otwarte, ale siła tego zbiorowego głosu, popartego nazwiskami tak różnorodnymi i znaczącymi, z pewnością nie zostanie zignorowana w instytucjach docelowych.