Rynek energii to nie przelewki, a ostatnie 25 lat zamieniło giełdę z placówki handlowej w zaawansowane technologicznie centrum operacji energetycznych. Czy powrót do obliga to tylko nerwowy tik regulatora, czy może recepta na głębszą i bardziej uczciwą grę na rynku bilansowania w obliczu szalejącej transformacji energetycznej? Przeanalizujmy, jak rozwinęła się oferta, dlaczego płynność jest świętym Graalem i czy obowiązek sprzedaży rzeczywiście wpływa na nasze rachunki.

Rekordowa ekspansja produktowa: od jednego do ponad 400 instrumentów
Patrząc na ewolucję rynku energii w ciągu ostatnich 25 lat, musimy przyznać – działo się! Giełda z miejsca, gdzie handlowano raptem jednym produktem, przekształciła się w prawdziwe uniwersum instrumentów finansowych. Jak wynika z informacji, dziś operujemy na 11 głównych produktach, obejmujących aż 9 rynków. Dla porównania, kiedyś bazowaliśmy wyłącznie na jednym. To kolosalny skok, który świadczy o ogromnym zaangażowaniu uczestników rynku i potrzebie zróżnicowania strategii handlowych. Mamy teraz rynki terminowe i spotowe dla energii elektrycznej i gazu, instrumenty dla praw majątkowych, a nawet rynek instrumentów finansowych CO2 oraz produkty rolne. Dodajmy do tego dwa kluczowe rejestry – świadectw i gwarancji pochodzenia, obsługujące łącznie ponad 8000 klientów! To dowód na to, że giełda nie stała w miejscu, lecz aktywnie wspierała transformację energetyczną.
Ta rozbuchana paleta produktowa to łącznie ponad 400 instrumentów, z czego 275 dotyczy rynku dnia bieżącego. Jeszcze 25 lat temu mówimy o raptem 24 instrumentach. Dlaczego ta zmiana? Kiedy produkcja była stała, a ceny przewidywalne, nie potrzebowaliśmy wielkich fajerwerków. Jednak pojawienie się zmiennych Odnawialnych Źródeł Energii (OZE) – wiatru i fotowoltaiki – wymusiło totalne przeprojektowanie kontraktacji. Teraz trzeba bilansować produkcję zależną od pogody z profilem odbioru konsumentów. W efekcie, handel to już nie sesja trwająca 3-4 godziny, ale operacja non-stop: „zlecenia kupna i sprzedaży można składać przez 24 godziny na dobę, 365 dni w roku (na rynku dnia bieżącego)”.
Obligo: Przekierowanie meczu czy zbędna ingerencja?
Wprowadzenie obliga giełdowego – czyli obowiązku sprzedaży części energii i gazu przez giełdę – miało przekonać rynek do korzystania z tego mechanizmu. Później, w 2022 roku, obligo na energię elektryczną zniesiono (być może słusznie, biorąc pod uwagę inne czynniki), ale teraz rząd rozważa powrót i wzmocnienie tego obowiązku na gazie. Czy ten mechanizm naprawdę się sprawdził, czy to bardziej gest symboliczny?
Otóż, jak podkreślono, ceny energii elektrycznej to gra fundamentalna: ceny uprawnień CO2, węgla, gazu. Obligo ma swój wpływ, ale kluczowy jest w zwiększaniu podaży towaru na rynku. To swoiste „przekierowanie meczu między kupującym a sprzedającym na nasze 'boisko’, gdzie obowiązują jasne, transparentne i niedyskryminacyjne zasady”. Poza tym „boiskem” TGE, transakcje bywają arbitralne i niejasne – często niekorzystne dla końcowego odbiorcy.
Główne zalety obliga? Dostęp do wolumenu energii i gazu, gigantyczna płynność rynku i bardziej wiarygodny indeks cenowy. Co więcej, obligo jest kluczowe dla rynku detalicznego. Podmioty bez własnych mocy wytwórczych mogły dzięki giełdzie kupić energię na potrzeby dalszej sprzedaży, co z automatu zwiększało konkurencję cenową między sprzedawcami.
Dlaczego płynność to waluta, a 85% to wciąż za mało?
Co oznacza, że rynek jest płynny? To proste: „Posiadanie płynności oznacza, że na poszczególnych instrumentach jest dużo zleceń po obu stronach rynku i w konsekwencji – transakcji”. Kiedy jest duża płynność, spready (różnice między cenami kupna a sprzedaży) maleją, ryzyka spadają, a to obniża koszty i finalnie cenę produktu. Wolumen transakcji jest lustrem tego, ile produkcji energetycznej faktycznie „wypływa” na parkiet giełdowy. Duża podaż i duży popyt to idealne warunki do budowania głębi rynku.
W 2024 roku, mimo braku obliga na prąd, udział TGE w handlu wyniósł 85 proc. Dziś pojawia się pytanie: po co wracać do tego mechanizmu? Odpowiedź jest wielowątkowa. Po pierwsze, realny historyczny udział obliga był znacznie niższy – URE wskazywało na 36–51 proc. krajowej produkcji brutto.
Po drugie, a to kluczowe, obligo ma swój największy sens dla rynku terminowego. „Bez obliga, jak uczy nas historia, udział rynku terminowego istotnie spada, ponieważ sprzedawcy kontraktują produkowaną energię elektryczną przede wszystkim ze spółkami w ramach grupy kapitałowej, w której skład wchodzą.” Skutek? Mniejszy dostępny wolumen na giełdzie, spadek konkurencyjności na rynku hurtowym i detalicznym oraz brak transparentności w kształtowaniu ceny.
Mimo że w 2024 roku udział TGE w kontraktach terminowych wyniósł 53 proc., co wydaje się solidnym wynikiem, z perspektywy płynności to wciąż za mało. Aby to zrozumieć, należy sięgnąć do pojęcia churn ratio – współczynnika obrotów giełdowych do konsumpcji netto. W krajach Europy Zachodniej ten wskaźnik często przekracza 1, a w Niemczech dochodzi do 12. Oznacza to, że wolumen obrotu jest kilkunastokrotnie wyższy niż roczne zapotrzebowanie!
A jak u nas? „W Polsce w 2024 r. bez obliga było to 0,85.” Z kolei w 2020 roku, gdy obligo obowiązywało (choć z wyłączeniami) i panowała gigantyczna zmienność cenowa związana z COVID-19, osiągnęliśmy churn ratio równe 1,57. Im wyższy współczynnik, tym „rynek jest głębszy, bardziej płynny, a energia elektryczna wielokrotnie obracana”. To zaś tworzy warunki do obniżania spreadów cenowych i finalnie cen dla konsumentów.
Czy obligatoryjny obrót to klucz do niższych rachunków?
Czy zatem możemy jednoznacznie stwierdzić, że samo obligo obniża ceny energii? Odpowiedź jest bardziej subtelna. „Jest zbyt dużo fundamentalnych czynników o bezpośrednim, istotnym wpływie na cenę energii, aby jednoznacznie potwierdzić takie oddziaływanie obliga.” Trudno jest wyizolować wpływ jednego aktu prawnego, gdy na ceny pchają ceny gazu, węgla i polityka klimatyczna. Jednakże, to co staje się jasne, to fakt, że skutki strukturalne – głębszy rynek, mniejsze ryzyko, większa konkurencja osiągnięte dzięki temu obowiązkowi – „już się na te niższe ceny wyraźnie przekładają”. Obligo, nawet jeśli doraźnie nie jest głównym „strzelcem” obniżającym cenę, buduje infrastrukturę rynkową, która z czasem musi przynieść oszczędności.