Czy sojusz, który budowano przez dekady, zaczyna pękać w szwach, a Europa musi nagle stanąć na własnych nogach? W obliczu narastających obaw o wiarygodność amerykańskich gwarancji bezpieczeństwa, nawet wojskowi najwyższego szczebla starają się uspokoić nastroje, choć fakty mówią o strategicznym zwrocie USA w kierunku Indo-Pacyfiku. To delikatne tango zaufania i niepokoju, w którym każdy ruch Waszyngtonu jest analizowany pod kątem jego wpływu na bezpieczeństwo kontynentu.

Widmo wycofania: Europa w centrum geopolitycznej rewizji
Obecna atmosfera w europejskich stolicach jest gęsta od niepokoju. Choć cztery gwiazdki generała Alexusa Grynkewicha – usytuowanego w centrum dowodzenia operacyjnego NATO w Mons – starają się tonować nastroje, zapewniając, że „Jesteśmy dziś gotowi stawić czoła każdemu kryzysowi lub sytuacji awaryjnej”, faktyczna rewizja strategii obronnej USA pod administracją Donalda Trumpa rysuje znacznie bardziej skomplikowany obraz. Mowa tu otwarcie o przeniesieniu sił amerykańskich z Europy do regionu Indo-Pacyfiku, co nie jest tylko teoretycznym rozważaniem. Ta zmiana już się rozpoczęła – wystarczy spojrzeć na wycofanie 800 żołnierzy z Rumunii, na apel Bukaresztu o cofnięcie tej decyzji, który pozostał bez echa.
Narastają obawy, że redukcja licząca potencjalnie 85 tysięcy amerykańskich żołnierzy w Europie to tylko przedsmak głębszych zmian. To wszystko wpisuje się w szerszą debatę o tym, jak głęboko Waszyngton zamierza angażować się w NATO w erze Trumpa. Sytuacja jest trudna: z jednej strony, Waszyngton pochwala obietnice sojuszników dotyczące wydatków na obronność do 5% PKB do 2035 r., co jest krokiem naprzód. Z drugiej, Trump wielokrotnie kwestionował fundamentalne zobowiązanie do zbiorowej obrony, a jego administracja daje sygnały o zmniejszonej gotowości do interwencji. Jak zauważył sekretarz skarbu USA Scott Bessent, mówiąc o rosyjskich nalotach na granice NATO: „Jedno, co mogę powiedzieć, to to, że Stany Zjednoczone nie zamierzają angażować się w działania wojskowe ani nic w tym rodzaju”. To fraza, która musi budzić dreszcze u europejskich strategów.
Czy Waszyngton „zdradzi Ukrainę”? Napięcia poza liniami frontu
Nie chodzi tylko o liczebność sił. Napięcia polityczne i strategiczne są widoczne na dyplomatycznym froncie. Niektórzy europejscy przywódcy prywatnie obawiają się, że postulowane przez zwolenników Trumpa rozwiązania konfliktu w Ukrainie mogą być forsowane w sposób sprzyjający Rosji. Prezydent Francji Emmanuel Macron miał ostrzegać, że Stany Zjednoczone mogą „zdradzić” Ukrainę.
A na poziomie formalnym? Jak donoszą media, były niemal niespotykane incydenty dyplomatyczne: sekretarz stanu USA Marco Rubio opuścił spotkanie ministrów spraw zagranicznych NATO. Co więcej, jego zastępca podczas zamkniętego posiedzenia miał zganić sojuszników za to, że „priorytetowo traktują własny przemysł zbrojeniowy, zamiast nadal wydawać pieniądze na sprzęt amerykański”. To klasyczne tarcia na linii sojusznicy kupują od nas versus sojusznicy budują własną bazę przemysłową. Mimo że prawie dwie trzecie europejskich wydatków obronnych trafiało do USA, Unia Europejska aktywnie pracuje nad zwiększeniem lokalnej produkcji. To naturalna ewolucja, ale ewidentnie nie jest dobrze odbierana przez Waszyngton.
Publicznie, oczywiście, wszyscy zapewniają, że „Wszystkie procesy NATO funkcjonują bez zarzutu”, jak stwierdził polski wiceminister obrony Paweł Zalewski, dodając, że „W praktyce Amerykanie bardzo dobrze wywiązują się ze swoich zobowiązań”. Tylko czy ta praktyka utrzyma się w obliczu strategicznego zwrotu na Pacyfik?
Kto pokieruje obroną Europy? Zagrożenie dla tradycji natowskiej
Szczególnym punktem spornym staje się obsadzenie stanowiska Naczelnego Dowódcy Sił Sojuszniczych w Europie (SACEUR). Historycznie, to stanowisko zawsze zajmował amerykański generał, ponieważ osoba ta dowodzi siłami sojuszniczymi i nadzoruje amerykański potencjał odstraszania nuklearnego na kontynencie.
Ambasador USA przy NATO Matthew Whitaker wzbudził swego czasu sensację, mówiąc, że „z niecierpliwością czeka na dzień, w którym Niemcy… powiedzą, że są gotowe przejąć stanowisko Naczelnego Dowódcy Sił Sojuszniczych [SACEUR]”. To kolejny, subtelny, ale potężny sygnał: USA wycofują się, Europa musi przejąć ster. Administracja Trumpa miała rozważać nawet nie mianowanie Amerykanina na ten kluczowy fotel na początku roku, zanim stanęło na Grynkewichu.
Generał Grynkewich, pytany o ten delikatny temat, sprytnie zbył dziennikarzy: „Jeśli chodzi o to, kto zajmie stanowisko SACEUR — wolę pozostawić tę decyzję politykom”. Jednak podkreślił kluczową kwestię: napięcia polityczne nie wpływają na zdolność operacyjną NATO.
Czy Rosja testuje nasz czas reakcji? Od obrony do kontrataku psychologicznego
Nie można ignorować kontekstu – inwazja na Ukrainę trwa, a wywiady ostrzegają, że Rosja może być gotowa do ataku na kraj NATO przed końcem dekady. Rosyjskie ataki hybrydowe nasilają się na całym kontynencie, a sam Putin oznajmił niedawno, że jest „gotowy” do wojny z Europą.
W obliczu takiej retoryki, retoryka Grynkewicha staje się bardziej stanowcza. „Obawiam się, że Rosja może przetestować zbiorową obronę NATO w 'najbliższej przyszłości’, a także w 'perspektywie średnioterminowej i długoterminowej’”. Wyraźnie widać, że Rosja wykorzystuje niepewność sojuszu.
Jednak Grynkewich sugeruje, że NATO nie zamierza tylko biernie czekać. Mówiąc o rosyjskich atakach hybrydowych, które określił jako „prawdziwy problem”, zaznaczył: „Myślimy również o proaktywnym podejściu. Jeśli Rosja próbuje stawiać nas przed dylematami, to być może istnieją sposoby, abyśmy to my stawiali dylematy przed nimi”. Ta zapowiedź sugeruje, że po okresie koncentracji na uzupełnianiu zapasów (często amerykańskich) i zwiększaniu wydatków, nadchodzi czas na bardziej asertywną strategię przeciwdziałania działaniom destabilizacyjnym Kremla.