W sercu Szczecina odkryto coś, co brzmi jak scenariusz filmowego horroru: mieszkanie zamienione w ogromne skupisko szczurów. Zapach i widok zwróciły uwagę sąsiadów, a cała sprawa wyszła na jaw dopiero po wpisach w mediach społecznościowych. Interwencja Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami ujawniła skalę zaniedbania i otworzyła puszkę Pandory w wielorodzinnym bloku.

Szczurza ferma — jak mała pasja przerodziła się w problem publiczny
Sąsiedzi opowiadali, że nie spodziewali się niczego nadzwyczajnego, dopóki z klatki schodowej nie zaczął dochodzić odór. To zapach stał się pierwszym sygnałem alarmowym — dopiero później wyszło na jaw, że w mieszkaniu mieszkają dziesiątki gryzoni. Jak relacjonuje jedna z sąsiadek:
„Oni mieszkali tam od lat, ale o szczurach dowiedziałam się dopiero rok temu, gdy na klatce zaczęło śmierdzieć.”
Właścicielka mieszkania, młoda kobieta o imieniu Wiktoria, trzymała szczury jako zwierzęta domowe i publikowała nagrania z pupilami w internecie. To właśnie internauci, widząc treści w sieci, zaalarmowali TOZ. Z pasji do gryzoni, której sama zainteresowana nie widziała jako problemu, w krótkim czasie zrobiło się niekontrolowane rozmnażanie — stado rozbiegło się po całym lokalu, a niektóre osobniki miały nawet wydostawać się przez okna, wywołując panikę wśród mieszkańców budynku.
Interwencja i skutki — obraz jak z horroru
Do mieszkania weszli inspektorzy TOZ przy asyście policji, sanepidu i urzędników TBS. To, co znaleźli, opisali bez ogródek: „Śmieci, odchody, rozwalone meble, zniszczone ściany i podłogi, robaki… a w tym wszystkim biegające szczury.”
W konkretnych liczbach — w lokalu zabezpieczono około 128 szczurów, znaleziono sześć gniazd z oseskami, a zwierzęta uciekały w dziury w podłodze i skakały nad głowami ratowników. Inspektorzy przyznali też obawę: mogło nie udać się wyłapać wszystkich osobników.
Z medycznego i weterynaryjnego punktu widzenia sytuacja była poważna: brak higieny, odchody wszędzie i niedobór pożywienia mogły prowadzić do zachowań takich jak kanibalizm. Jak skomentował przedstawiciel TOZ:
„To nie była hodowla. To były szczury domowe, które się rozmnożyły w niekontrolowany sposób.”
Zespół działał sprawnie — w ciągu dwóch dni zabezpieczono zwierzęta — ale pozostaje ryzyko sanitarne dla mieszkańców i konieczność deratyzacji całego budynku oraz dekontaminacji lokalu.
Konsekwencje dla lokatorów i odpowiedzialność prawna
Sprawa ma też wymiar prawny i mieszkaniowy. Lokatorzy od dekady mieli sądowy nakaz eksmisji, który jednak nie został wykonany z powodu braku wolnych lokali socjalnych. Teraz, po nagłośnieniu sytuacji, TBS ma w planach przedstawienie oferty przeprowadzki do lokalu socjalnego. W mediach społecznościowych Wiktoria skomentowała interwencję i oskarżenia o znęcanie się nad zwierzętami:
„Ktoś mi napisał, że powinnam zostać pociągnięta do odpowiedzialności za znęcanie się nad zwierzętami. To nieprawda. Ani mnie do więzienia nie wsadzą, ani nie pójdę siedzieć.”
Ostateczne decyzje w sprawie odpowiedzialności karnej lub administracyjnej zależeć będą od wyników postępowań prowadzonych przez odpowiednie służby (sanepid, policję) oraz od ekspertyz weterynaryjnych. Niezależnie od powodów, sprawa ukazała poważne luki: od zaniedbań indywidualnych po systemowe braki w dostępności mieszkań socjalnych i mechanizmach reagowania na sytuacje zagrażające zdrowiu publicznemu.