Nowa strategia bezpieczeństwa Stanów Zjednoczonych dla Europy? Ostra krytyka i narastające wątpliwości – to nie przelewki dla Starego Kontynentu. Czy Waszyngton faktycznie zostawia nas samych sobie w obliczu wschodnich zagrożeń, czy też to tylko polityczny blef mający zmusić sojuszników do większego wysiłku? Ekspert wojskowy, Mark Cancian, nie owija w bawełnę, analizując dokument, który może zrewolucjonizować transatlantyckie relacje.

Amerykański zwrot: Czy Europa ma sama stać na straży?
Niezależnie od medialnej wrzawy, kluczowe przesłanie, jakie płynie z najnowszej strategii bezpieczeństwa narodowego USA, jest niepokojące dla europejskich stolic. Choć administracja Bidena deklaruje strategiczne i kulturowe znaczenie Europy dla interesów Waszyngtonu, ton dokumentu sugeruje jasną i bolesną zmianę priorytetów, szczególnie w kontekście odstraszania Rosji.
Mark Cancian, jeden z uznanych amerykańskich ekspertów wojskowych, w rozmowie z „Wyborczą” wyraźnie wskazuje na sedno problemu. Jak podkreśla: > „Mocno [powinniśmy się niepokoić], bo niestety jest bardzo krytyczna wobec Europy”. Ta krytyka przekłada się na fundamentalne przesunięcie akcentów: odpowiedzialność za powstrzymanie agresji ze Wschodu ma spoczywać przede wszystkim na barkach samych Europejczyków. Brzmi to jak bolesne przebudzenie dla kontynentu, który przez dekady liczył na automatyzm amerykańskiego wsparcia.
NATO w rozkroku: Art. 5 nienaruszony, ale z haczykiem
Przez przestrzenie medialne przetaczały się obawy, że administracja prezydenta Trumpa (a teraz pod pewnym kątem także i ta obecna, choć w innej formie) mogłaby pójść na całość, wycofując się z NATO lub jednostronnie odrzucając fundamentalny Artykuł 5. Tego scenariusza, póki co, udało się uniknąć. Cancian zaznacza jednak subtelną, lecz kluczową różnicę.
„Ameryka Trumpa uznała, że Europa sama odpowiada za swoje bezpieczeństwo, ale nie wyszła z NATO ani nie odrzuciła art. 5” – stwierdza ekspert.
To kluczowy niuans. Strategia nie postuluje dramatycznego zerwania więzi ani formalnego wyjścia z Sojuszu. Jednak deklarowanie, że główny ciężar amortyzacji rosyjskiej potęgi spada na Europejczyków, to jasny sygnał: Amerykańska obecność nie jest już gwarantowana w stopniu, w jakim rozumieliśmy to wcześniej. Co więcej, ta retoryka idzie w parze z realnymi działaniami legislacyjnymi. Jak donosi Cancian, Kongres USA już rozważa ograniczenia liczebności sił amerykańskich stacjonujących na naszym kontynencie, co stanowiłoby namacalny dowód na te słowa.
Odstraszanie Rosji: Czy to już europejski projekt?
Najbardziej uderzający jest fakt, że nowa strategia bezpieczeństwa USA skupia się na innych globalnych wyzwaniach – tu rola Rosji wydaje się być sprowadzona do wymiaru regionalnego, za który, de facto, mają odpowiadać państwa europejskie. Strategia, według analizy eksperta, zaskakująco mało miejsca poświęca bezpośredniemu konfrontowaniu się z Rosją czy kładzeniu silnego nacisku na amerykańskie zaangażowanie w strukturach NATO. Dlaczego Waszyngton rezygnuje z tej narracji?
Dla europejskich decydentów ta zmiana jest politycznym trzęsieniem ziemi. Wymaga to natychmiastowej rewizji budżetów obronnych oraz przyspieszenia integracji zdolności wojskowych – bez tej nowej proaktywności, deklaracja USA może szybko zamienić się w operacyjny problem strategiczny na wschodniej flance. Europa musi udowodnić, że jest „partnerem strategicznie i kulturowo kluczowym” nie tylko w teorii, ale i w praktyce militarnej, zanim amerykańskie wsparcie stanie się czysto symboliczne.