Czy inflacyjna burza ucichła, a my stoimy w obliczu nieoczekiwanej posuchy cenowej? Najnowsze sygnały z polskiej gospodarki, sygnalizowane przez czołowych analityków, sugerują zaskakujący zwrot akcji. Po latach szalejących cen, powoli wracamy do równowagi. Ale czy ten powrót jest trwały, czy może to tylko chwilowe wytchnienie przed kolejną falą niepewności?

Dezinflacja na horyzoncie: koniec koszmaru szoków podażowych?
Przez ostatnie lata byliśmy świadkami fenomenu, który zrujnował oszczędności i wywrócił domowe budżety do góry nogami. Szoki – począwszy od pandemii COVID-19, a następnie inwazji na Ukrainę i wywindowania cen surowców – wydawały się nie mieć końca. Jednak Monika Kurtek, główna ekonomistka Banku Pocztowego, w rozmowie z Marcinem Piaseckim, sygnalizuje wyraźną zmianę w narracji makroekonomicznej. To, co jeszcze niedawno wydawało się niemożliwe, staje się faktem: obserwujemy „wyraźne trendy dezinflacyjne po wszystkich szokach, które miały miejsce w gospodarce”. Czy to oznacza, że najgorsze mamy już za sobą i rynek powoli wraca do homeostazy?
Ekonomiści zwracają uwagę, że ustąpienie presji inflacyjnej jest widoczne we wszystkich kluczowych obszarach, choć pewne sektory zachowują się zaskakująco. „Widzimy wyraźne trendy dezinflacyjne po wszystkich szokach, które miały miejsce w gospodarce. Mam na myśli najpierw szok covidowy, a potem wybuch wojny na Ukrainie i gwałtowny wzrost cen surowców. To wszystko się uspokoiło” – podkreślała Monika Kurtek. To uspokojenie to nie tylko zasługa wygasających efektów bazowych, ale realnego ochłodzenia.
Żywność i usługi: niespodziewani bohaterowie polskiej dezinflacji
Paradoksalnie, to właśnie tam, gdzie inflacja była najbardziej uciążliwa dla konsumenta, pojawiają się najciekawsze sygnały stabilizacji. Ceny żywności, które były potężnym motorem wzrostu wskaźników CPI, nieoczekiwanie hamują. Jeżeli spojrzymy na dane wejściowe, powinniśmy oczekiwać wzrostu, a tymczasem sytuacja wygląda zupełnie inaczej. „Zaskakujące są na przykład ceny żywności, które powinny już rosnąć” – zauważa gość Marcina Piaseckiego.
Tym razem jednak siły rynkowe zadziałały na korzyść konsumenta, choć w mało intuicyjny sposób. Winowajcą spowolnienia wzrostu cen w tym segmencie jest… natura. Jak twierdzi Kurtek, „wydaje się, że mamy nadpodaż produktów rolnych po bardzo dobrych zbiorach”. To klasyczny efekt podażowy: jeżeli podaż przekracza oczekiwany popyt, ceny muszą spaść lub przestać rosnąć. To niespodziewane „błogosławieństwo” zbiorów pomaga obniżyć presję inflacyjną tam, gdzie konsumenci odczuwają ją najsilniej.
Stabilizacja w tle: co z usługami, czyli ostatni bastion wysokich cen?
O ile szoki surowcowe i żywnościowe zdają się odpuszczać, kluczowym polem bitwy o powrót inflacji do celu pozostaje sektor usług. Usługi, z uwagi na ich dużą zależność od kosztów pracy i mniejszą elastyczność cenową, często jako ostatnie poddają się trendom dezinflacyjnym. W tym segmencie również widać jednak pozytywne zmiany. Pani Kurtek wskazuje, że hossa cenowa w usługach traci impet. „Trend spadkowy dotyczy także wskaźników cen usług, widać, że tutaj sytuacja też się stabilizuje” – stwierdza ekonomistka.
Stabilizacja w usługach jest sygnałem, że twarda polityka monetarna i ochłodzenie gospodarki zaczynają przynosić zamierzony efekt. To oznacza, że oczekiwania inflacyjne – które są paliwem dla trwałe podwyższonej inflacji – mogą być rekalibrowane. O ile za wcześnie, by ogłaszać pełne zwycięstwo nad inflacją, perspektywa ta wydaje się znacznie pewniejsza niż jeszcze kilkanaście miesięcy temu. Rynek pracy powoli zwalnia, a koszty operacyjne firm usługowych przestają dynamicznie rosnąć, co musi przełożyć się na ceny dla finalnego klienta.