W świecie rolnictwa, gdzie technologia ma być synonimem rewolucji, kolejna głośna historia rzuca cień na obietnice autonomii. Monarch Tractor, startup znany z elektrycznych i rzekomo samobieżnych maszyn, mierzy się teraz z poważnymi zarzutami ze strony własnego dealera. Czy obietnice dotyczące „driver optional” stały się synonimem „defective”?

To nie jest test: Dealer oskarża Monarch o sprzedaż wadliwych, nieautonomicznych traktorów
Branża ag-tech huczy od plotek, a tym razem nie jest to pozytywny szum związany z innowacjami, lecz zgrzyt prawnych batalii. Burks Tractor, dealer z Idaho, który złożył we wrześniu pozew (obecnie przeniesiony do sądu federalnego), zarzuca kalifornijskiemu startupowi Monarch Tractor naruszenie umowy i gwarancji. Serednica sporu? Kluczowa obietnica: pełna autonomia maszyn. Burks Tractor nabył dziesięć sztuk tych nowoczesnych traktorów z wizją bycia jednym z pierwszych dilerów firmy. Jak się okazuje, ta wizja szybko zamieniła się w koszmar operacyjny.
Według skargi, Monarch „wyraźnie gwarantował”, że traktory będą w pełni autonomiczne, a funkcje samobieżne „nie będą ograniczone lokalizacją ani czasem”. Dealer twierdzi, że otrzymał nawet materiały wideo, które miały uwiarygodnić te śmiałe zapewnienia. Nic dziwnego, że po zapłaceniu zawrotnej kwoty 773 088 dolarów za sam sprzęt (plus koszty części zamiennych, a wszystko to na kredycie), Burks Tractor oczekiwał, że technologia zadziała.
Kiedy „driver optional” oznacza „nie działa w ogóle”
Zgodnie z dokumentami złożonymi w sądzie, problemy zaczęły się natychmiast po dostarczeniu pierwszej partii w kwietniu 2024 roku, a następnie drugiej w czerwcu 2025 roku. Burks Tractor szybko zorientował się, że rzeczywistość odbiega od marketingowych wizji. Jak podano w skardze:
„Po otrzymaniu traktorów, Burks Tractor odkrył, że maszyny nie działały zgodnie z zapewnieniami i były niezdolne do autonomicznej pracy (operating autonomously).”
Sytuacja wymknęła się spod kontroli na tyle, że nawet zespół sprzedaży Monarch zaangażował się w próby „naprawienia” autonomii. I tu dochodzimy do sedna problemu, które brzmi jak fatalny żart inżynieryjny: przedstawiciele Monarch mieli przyznać – „zarówno ustnie, jak i na piśmie” – że autonomia jest „ograniczona, a traktory nie są w stanie funkcjonować autonomicznie wewnątrz budynków”. To ostre kurczenie obietnicy, mające zrewolucjonizować pracę, do możliwości działania tylko „na zewnątrz i tylko w specyficznych warunkach”.
Co gorsza, po tej frustrującej konstatacji, dealer twierdzi, że przez miesiące nie otrzymał wsparcia: „po miesiącach bez jakiegokolwiek wsparcia czy follow-upu, aby sprawić, by autonomiczne traktory działały zgodnie z obietnicą”. Kiedy Burks Tractor zażądał, by Monarch odebrał „wadliwe traktory”, startup miał odmówić.
Kłopoty Monarch to nie tylko spór z dealerem
Ta batalia prawna to zaledwie ostatni akt w coraz bardziej skomplikowanej sadze Monarch Tractor. Startup, który od lat próbował przekonać winnice i mleczarnie do swoich elektrycznych „kierowco-opcjonalnych” maszyn, przechodzi ostatnio falę kryzysów. Mimo ambitnych planów i pozyskania sporego kapitału (wspominano o podniesieniu 133 milionów dolarów), firma musiała przeprowadzić „wielokrotne rundy zwolnień” w ciągu ostatnich dwóch lat.
Dodatkowym ciosem dla wizerunku „fabryki przyszłości” jest fakt, że fabryka w Ohio, w której maszyny były produkowane przez Foxconn, jest obecnie przekształcana w centrum danych AI. To sugeruje głęboką zmianę strategii firmy – odejście od produkcji sprzętu na rzecz inżynierii oprogramowania i licencjonowania technologii autonomicznej. Niektórzy analitycy zaczynają się zastanawiać, czy dążenie do bycia liderem „software’u” nie było zbyt wczesnym i ryzykownym manewrem, gdy podstawowy produkt sprzętowy wciąż boryka się z fundamentalnymi problemami wydajnościowymi. Monarch, odpowiadając na pozew, zaprzeczył zarzutom, ale dowody przedstawione przez dealerów zmuszają do zadania pytania: czy Monarch sprzedawał wizję, zanim posiadał technologię, która by ją zrealizowała?