Na początku kadencji rząd Keira Starmera obiecywał brytyjskiej gospodarce prawdziwy renesans, zastrzyk inwestycyjny, który pchnie PKB w górę. Między lipcem 2024 a końcem 2025 roku minęło już sporo czasu, a obietnice te brzmią dziś jak echo dawnych, niespełnionych nadziei. Czy Brytyjczycy doczekają się upragnionego „boomu”, czy może zamiast tego czeka nas strefa spowolnienia podsycana fiskalną niepewnością?

Obietnice kontra twarda rzeczywistość: gdzie podział się ten inwestycyjny szał?
Kiedy Keir Starmer przejmował stery w Wielkiej Brytanii w lipcu 2024 roku, retoryka była jednoznaczna: czeka nas przyspieszenie tempa wzrostu gospodarczego i fala inwestycji blokująca konkurencję międzynarodową. Początkowe dane mogły dawać pewną nadzieję. W pierwszym kwartale 2025 roku zanotowano solidne 0,7 proc. wzrostu kwartalnego, co pachniało dobrym otwarciem. Jednakże, jak to często bywa w skomplikowanej makroekonomii, dynamika okazała się ulotna. W drugim kwartale dynamika osłabła do 0,3 proc., a w trzecim kwartale inflacja wzrostu skurczyła się niemal do zera, osiągając jedynie 0,1 proc. Kwartał do kwartału. Czy to jest ten upragniony „boom” na miarę obietnic? Eksperci z pewnością mają powody do sceptycyzmu.
Równanie wzrostu nie jest tak proste, jak chciałby tego rząd. W trzecim kwartale, oprócz ogólnego spowolnienia popytu i braku wyraźnych, strukturalnych impulsów ze strony decydentów, gospodarka otrzymała potężny, niezależny cios. Koncern Jaguar Land Rover zdecydował się na miesięczne wstrzymanie produkcji. A powód? Atak hakerski. To klasyczny przykład tzw. szoku podażowego, na który mechanizmy fiskalne rządu mają ograniczony wpływ, ale który dewastuje wskaźniki PKB na poziomie mikro. To zdarzenie, choć incydentalne, doskonale obrazuje kruchość obecnej ścieżki wzrostu, która została wytyczona na obietnicach, a nie na twardych danych strukturalnych.
Kiedy podatki stają się hamulcem: fiskalne dylematy rządu
Rządzący najwyraźniej nie zdołali jeszcze wdrożyć na tyle skutecznych mechanizmów stymulujących popyt i inwestycje, by zrównoważyć naturalne cykle koniunkturalne, a tym bardziej obawy rynkowe. Brak tych solidniejszych impulsów wzrostowych jest odczuwalny. Zamiast tego, polityka fiskalna wydaje się zmierzać w kierunku, który może być kontrproduktywny dla przyszłego PKB.
Mowa oczywiście o planowanych podwyżkach podatków. Z perspektywy ekonomisty, jest to bardzo ryzykowny ruch w momencie, gdy gospodarka wykazuje tendencję do stopniowego wyhamowywania. Zwiększanie obciążeń podatkowych, zwłaszcza jeśli uderza w inwestycje przedsiębiorstw lub konsumpcję gospodarstw domowych, jest niemal gwarancją, że w 2026 roku zobaczymy dalsze obniżenie tempa wzrostu PKB. Jest to klasyczny błąd polityki gospodarczej: próba balansowania budżetu kosztem długofalowej konkurencyjności. Jak donoszą źródła, nastroje w sektorze biznesowym w obliczu zapowiadanych zmian podatkowych są dalekie od optymistycznych, co bezpośrednio przekłada się na wstrzymywanie decyzji inwestycyjnych.
Czy Starmer stracił już impet?
Wielka polityka obiecuje cuda, ale rzeczywistość rzadko bywa tak łaskawa. O ile początkowy entuzjazm na Downing Street mógł być duży, o tyle spadek popularności rządu, który towarzyszy zapowiedziom fiskalnych zacisków, maluje obraz partii, która już w pierwszym roku kadencji zderzyła się z twardą ścianą ograniczeń budżetowych i rynkowych. Zamiast obiecanego napędzenia wzrostu, obserwujemy stagnację na poziomie 0,1 proc., co przy takim poziomie ambicji politycznych jest wynikiem co najmniej rozczarowującym. Pytanie brzmi: czy rząd Starmera ma w zanadrzu jeszcze jakieś asy, które pozwolą mu odwrócić ten trend, zanim nadchodzące obciążenia podatkowe na dobre zamkną szansę na odbicie? Na razie się na to nie zanosi.