Wstrząs w europejskiej piłce po kolejnym fatalnym występie Barcelony! Stolica Katalonii na chwilę pogrążyła się w żałobie, gdy stało się jasne, że czwarty mecz Ligi Mistrzów przyniósł kolejny bolesny cios. Piłkarze Xaviego mieli niesamowite szczęście, że ze stadionem Chelsea pożegnali się „tylko” z wynikiem 0:3. Ta porażka oznacza jedno: FC Barcelona od środy zasiądzie w najniższych rejonach tabeli swoich rozgrywek grupowych i to mimo kosmicznych transferów.

Lewandowski w cieniu kryzysu. Czy to już definitywny koniec pewnej ery?
Kolejny wieczór Ligi Mistrzów, kolejna frustracja dla kibiców Dumy Katalonii. Robert Lewandowski, symbol skuteczności, na którego barkach spoczywały ogromne nadzieje po letnich wzmocnieniach, nadal pozostaje na sucho. Jego dorobek bramkowy w bieżącej edycji to, po czterech rozegranych kolejkach, okrągłe zero. To wynik absolutnie niespotykany dla napastnika tej klasy, który przecież jeszcze w zeszłym sezonie zaciekle walczył o tytuł Króla Strzelców, ustępując jedynie kolegom z boiska i jednemu fenomenowi z Dortmundu.
Czyżby kontuzje, które nękały „Lewego” na początku tej kampanii, miały tak długofalowy i paraliżujący wpływ na jego formę? Wydaje się, że te problemy zdrowotne z początku sezonu odcisnęły piętno nie tylko na jego indywidualnych statystykach, ale i na całej drużynie, która wyraźnie szwankuje pod presją europejskiej elity. Wszyscy pamiętamy, jak niesamowitą maszyną był w poprzednich latach; teraz wydaje się, że mechanizm skrzypi.
Jak przegrać „tylko” 0:3? Analiza klęski na Stamford Bridge
Wynik 0:3 na stadionie Chelsea, choć bolesny, może być uznany za łagodny wyrok. Jeśli przyjrzymy się przebiegowi meczu, piłkarze ze stolicy Katalonii uniknęli jeszcze większej kompromitacji, co sugeruje, że mieli naprawdę sporo szczęścia w kluczowych momentach. Ta seria porażek, przypieczętowana stratą kolejnych cennych punktów, stawia Barcelonę w niezwykle niekorzystnej sytuacji tabelarycznej.
Piłkarze ze stolicy Katalonii mieli trochę szczęścia, więc na stadionie Chelsea przegrali tylko 0:3. I już w środowy wieczór osiądą w dolnej połowie tabeli rozgrywek.
Osiągnięcie dna tabeli w europejskich pucharach, zwłaszcza po tak głośnych inwestycjach, to policzek wymierzony nie tylko sztabowi szkoleniowemu, ale i zarządowi. Mówimy tu o drużynie, która miała kandydować do najwyższych laurów, a zamiast tego balansuje na krawędzi odpadnięcia już w fazie grupowej. To zimny prysznic dla każdego, kto wierzył, że „nowa era” narodziła się na bazie wyłącznie transferów.
Czy to już czas na grę o wszystko w Lidze Europy?
Konsekwencje tej porażki są oczywiste i brutalne. Wszystkie ścieżki prowadzące do wiosennej fazy pucharowej Ligi Mistrzów stają się labiryntem, w którym niewiele jest miejsca na błąd. Zamiast planować taktykę na wielkie europejskie starcia, Barcelona musi już teraz nerwowo spoglądać w dół tabeli, gdzie czai się widmo degradacji do Ligi Europy.
Dla napastnika pokroju Lewandowskiego, który przyzwyczaił się do regularnego dobijania rywali i walki o Złote Piłki, gra w „drugorzędnym” europejskim pucharze to scenariusz, którego należy unikać za wszelką cenę. Ciśnienie rośnie, a kibice mają prawo być niezadowoleni z faktu, że ich gwiazda strzelecka, mimo że wciąż wydaje się walczyć, nie potrafi przełamać się w najważniejszych momentach tej edycji. Konieczne wydaje się szybkie przemyślenie strategii, bo czas ucieka nieubłaganie.