Świat kina właśnie stracił aktora, który potrafił wstrząsnąć widzem wcielając się w najbardziej odpychające postacie. Jego menadżer, Gregg Edwards, potwierdził odejście artysty w wieku 60 lat, jednocześnie odsłaniając drugie, mniej znane oblicze zmarłego. Choć jego filmografia to festiwal czarnych charakterów, kryje się za tym opowieść o perfekcjonizmie i zaskakującej wrażliwości.

Czy seryjny sprawca zbrodni mógł mieć wielkie serce? Kontrowersje wokół pamiętnych ról
Gdy myślimy o aktorach specjalizujących się w kreowaniu czarnego charakteru, jego nazwisko z pewnością pojawia się w czołówce. Mowa tu o postaciach, które budziły autentyczną odrazę, ale jednocześnie zapadały w pamięć na lata. Najbardziej jaskrawym przykładem jest rola Zeda, sadystycznego gwałciciela i niebezpiecznego ochroniarza w kultowym „Pulp Fiction” Quentina Tarantino z 1994 roku. Ta kreacja, choć budząca obrzydzenie, stała się synonimem jego aktorskiego kunsztu w przedstawianiu zła.
Edwards podsumowuje to dosadnie, stwierdzając: „Nikt nie potrafił zagrać złego faceta lepiej niż Peter”. Ta renoma mrocznego specjalisty nie wyczerpuje jednak tematu. Menadżer podkreślał, że za wizerunkiem ekranowego łotra kryła się inna osoba: „Ale miał też łagodną stronę, której większość ludzi nigdy nie dostrzegała. I wielkie serce”. To klasyczny dylemat branży – jak oddzielić kreację od człowieka, zwłaszcza gdy kreacja jest tak intensywna?
Od Dzikiego Doriana po podejrzanych: Kariera spleciona z ciemnością
Absolutnym szczytem komercyjnego sukcesu i rozpoznawalności była dla niego rola złoczyńcy Doriana Tyrella w hitowej „Masce” obok Jima Carreya, również z 1994 roku. Menadżer uważał, że to właśnie ta kreacja u boku Carreya i Cameron Diaz była „prawdopodobnie jego najlepszą rolą”. Był to film, który udowodnił, że aktor potrafi z powodzeniem konkurować aktorsko w komedii z elementami fantasy, nie tracąc przy tym swojej drapieżnej aury.
Choć bywał określany mianem aktora trudnego, Edwards szybko bronił jego podejścia do pracy, tłumacząc trudności reputacją perfekcjonisty. Nieustanna pogoń za idealnym ujęciem, choć wyczerpująca dla ekipy, przynosiła efekt. Po tych przełomowych rolach następowała lawina kolejnych antagonistycznych występów. Podjął się roli jednego z „Podejrzanych” w znakomitym thrillerze kryminalnym z 1995 roku, wcielił się w najemnika w „Liberator 2” (Under Siege 2: Dark Territory) z tego samego roku, a w 2001 roku zagrał skorumpowanego oficera w „Dniu próby” (Training Day). Jego filmografia to swoista kronika, jak Hollywood kreowało i wykorzystywało archetyp niejednoznacznego, ale magnetycznego złoczyńcy drugiej linii.
Człowiek za maską złoczyńcy: Gdy perfekcjonizm spotyka się z autentyzmem
Warto odnotować, że świat kina nie zapamięta go wyłącznie jako czarnego charakteru. Zagrał rolę wymagającą ogromnej wrażliwości w filmie „Domyty, ogolony” z 1993 roku. Tam wcielił się w mężczyznę chorego na schizofrenię, desperacko walczącego o odzyskanie swojej córki, która trafiła pod opiekę rodziny zastępczej. Ta alternatywna ścieżka kariery dowodzi, jak duży był jego zakres aktorski, choć to mrok przyćmił te subtelniejsze portrety. Rola ta, wymagająca zejścia w głąb ludzkiej psychiki naznaczonej chorobą, stoi w szarym kontraście do sadystycznego Zeda. Jego odejście zmusza do refleksji nad tym, jak często aktorzy, którzy najłatwiej przekonują nas do zła na ekranie, prywatnie są poszukiwaczami dobra.